Więcej...

    Tragiczny dzień w historii grunge’u

    Data 5 kwietnia zajmuje szczególne miejsce w pamięci fanów mocnych brzmień. Tego dnia 1994 roku lider Nirvany Kurt Cobain zapalił ostatniego papierosa marki Camel, wziął łyk piwa korzennego i odebrał sobie życie. Dokładnie osiem lat później 5 kwietnia 2002 roku zmarł spętany sidłami autodestrukcji Layne Staley z Alice in Chains. Scena grunge’u straciła swe dwa najbardziej charakterystyczne wokale. Tragiczne okoliczności śmierci muzyków stały się z jednej strony przestrogą, a drugiej – krzykiem pogrążonych w depresji artystów, na który nikt nie zareagował…

    Najsmutniejszy dzień w historii grunge’u

    5 kwietnia to szczególny dzień w dziejach grunge’u. Tego dnia sympatycy alternatywnego rocka wspominają ze wzruszeniem Kurta Cobaina i Layne’a Staleya – dwóch artystów stanowiących synonim buntowniczego podgatunku o nazwie grunge, obdarzonych fenomenalnymi wokalami i, na ich nieszczęście, naturą tragicznych wrażliwców, których rozterki, życiowe trudności oraz poczucie niezrozumienia pchnęło na destrukcyjną ścieżkę.

    Sceniczny krzyk liderów Nirvany i Alice in Chains był właściwie przedłużeniem ich cichego wołania o pomoc w życiu prywatnym. Dziś legendarna muzyka Kurta Cobaina i Layne’a Staleya daje zrozumienie, a tym samym ukojenie zbuntowanym dzieciakom przytłoczonym systemem i wyzwaniami codzienności.

    Demonizujący scenę rocka będą winić za ich upadek narkotyki… Demoralizację… Odwrócenie się od kościoła. Ale warto spojrzeć na te wypełnione pasmem cierpienia biografie również z innej strony. Może to codzienność naznaczona depresją i gorzkie zrządzenia losu zepchnęły muzyków ze ścieżki instytucji walczącej z indywidualizmem? Może popadli w błędne koło, szukając ulgi dla psychicznej udręki w najgorszy z możliwych sposobów, stając się zależnym od strzykawki i destrukcji?

    Jedno jest pewne: egzystencjalny ból zbyt często przybierał „anielski” wizerunek niebieskookich blondynów…

    Pod górkę

    Jego zachrypnięty, surowy, a przy tym emocjonalny wokal określano mianem poskromienia chaosu. Za sprawą swych buntowniczych kawałków wyrażał wewnętrzny gniew i wyłamywał się z wszelkich schematów. Spora tego zasługa tkwiła w bolesnym życiorysie wokalisty, gitarzysty i kompozytora Kurta Cobaina.

    Zanim założył z basistą Kristem Novoselicem zespół Nirvana, walczył o przetrwanie w świecie, w którym nieprzeciętna wrażliwość wyłącznie pogłębia kłopoty. Urodził się 20 lutego 1967 roku w rodzinie mechanika. W wieku 9 lat boleśnie przeżył rozwód rodziców. Choć sąd przyznał prawo do opieki nad synem jego matce, to Kurt zamieszkał z ojcem.

    Niepotrafiący pogodzić się z rozpadem rodziny Kurt zamknął się w sobie i zaczął sprawiać problemy wychowawcze. Cierpliwości brakowało zwłaszcza macosze chłopaka, która wymusiła na jego ojcu, aby wygonił zbuntowanego syna z domu. Nastoletni Kurt tułał się po domach znajomych wyrodnego ojca, a także własnych kumpli. Zdarzało się, że pomieszkiwał w piwnicy matki, ale niejednokrotnie spał też pod mostem. Osamotniony i czując się niepotrzebny, znalazł jedynego przyjaciela w homoseksualnym rówieśniku. To ściągnęło na niego dręczycieli, którzy przyszyli mu łatkę geja. Znów był odrzucony.

    U szczytu sławy zanotował w swym dzienniku: „Nie jestem gejem, choć chciałbym nim być, po prostu po to, żeby wkurzyć homofobów”.

    Oszukać samego siebie

    Od wczesnych lat cierpiał na depresję. Pierwszą próbę samobójczą podjął na długo przed rozpoczęciem przygody z muzyką. Pewnego dnia nie wytrzymał i położył się na torach w nadziei na nadjechanie pociągu. Najwidoczniej los wysłał mu znak – skład przejechał sąsiednim torem. Po tym zdarzeniu Kurt postanowił zawalczyć o siebie.

    Ostre brzmienia fascynowały go, odkąd sięgał pamięcią. Black Sabbath, The Beatles, Sex Pistols – emocjonalne teksty i rebelianckie nuty legendarnych zespołów przynosiły mu ukojenie. W 1985 roku założył punkową kapelę Fecal Matter, która szybko zakończyła jednak swą działalność.

    Sławę i spełnienie przyniosła mu utworzona dwa lata później grupa Nirvana. Mimo wydania tylko czterech albumów studyjnych zespół wyznaczył nowy kierunek rocka alternatywnego i do dziś pozostaje kulturowym fenomenem. Od debiutanckiego „Bleach” (1989) przez jeden z najlepiej sprzedających się albumów lat 90. „Nevermind” (1991) do zrodzonego w bólach „In Utero” (1993) Nirvana porwała zbuntowanych nastolatków, a najlepiej rozpoznawalny kawałek „Smells Like Teen Spirit” zdobył tytuł „hymnu pokolenia X”.

    Klub 27

    Na równi z muzycznymi sukcesami Cobain zagłębiał się w narkotyczny trip. Środki psychoaktywne rozgościły się w jego życiu jeszcze w trakcie młodocianej tułaczki. Tak zapominał o psychicznym bólu i przewlekłych bólach brzucha, których przyczyny lekarze nie potrafili zdiagnozować. Autodestrukcja zaczęła oczywiście zbierać krwawe żniwo. Dochodzące do depresji wyrzuty sumienia i wewnętrzne skonfliktowanie sprawiały, że gasł w oczach.

    Od 1992 roku pozostawał w małżeństwie z wokalistką Hole Courtney Love, z którą miał córkę Frances Bean. Żona była świadkiem jego upadku. 18 marca 1994 roku zadzwoniła na policję, mówiąc, że Kurt zamknął się w pokoju z bronią i butelką tabletek, planując samobójstwo. Niespełna dwa tygodnie później, 30 marca zgłosił się do kliniki odwykowej, z której uciekł po dwóch dniach.

    Od 3 kwietnia 1994 roku Courtney Love z pomocą prywatnego detektywa rozpoczęła jego poszukiwania. Pięć dni później ciało Kurta Cobaina zostało odnalezione wraz ze strzelbą, z której oficjalnie postrzelił się w głowę. Sekcja zwłok wykazała, że zgon nastąpił 5 kwietnia.

    Na miejscu odnaleziono również list pożegnalny, w którym padały słowa o artystycznym wypaleniu muzyka. „Nie mogę się uwolnić od poczucia winy i frustracji, od empatii dla wszystkich. Tyle w was dobra i po prostu za bardzo kocham ludzi. Tak bardzo, że jest mi zbyt… smutno i czuję się mało wrażliwy oraz niewdzięczny… Więc pamiętajcie: lepiej ze sobą skończyć, niż stopniowo odchodzić w cień”.

    Ze względu na wiek 27 lat w chwili śmierci frontman Nirvany jest zaliczany obok Jimiego Hendrixa, Janis Joplin czy Jima Morrisona do „klubu 27” – tragicznych muzyków, którzy odeszli w tak wczesnym wieku.

    Samobójstwo Kurta Cobaina do dziś budzi wątpliwości w licznych kręgach. Prawdą jest, że w jego organizmie znajdowała się trzykrotnie wyższa od śmiertelnej dawka heroiny. Specjaliści argumentują, że w takim stanie artysta nie zdołałby podnieść strzelby i oddać strzału. Analiza grafologiczna pożegnalnego listu Kurta wykazała ponadto, że ostatnie zdania zostały napisane innym charakterem pisma. Tropy zrodziły teorie spiskowe, jakoby Cobain został zamordowany, a następnie ktoś upozorował jego samobójstwo.

    Drudzy z Wielkiej Czwórki z Seattle

    Narodziny grunge’u nieodzownie łączą się ze Seattle słynącym ze swej niezależnej sceny muzycznej. To tam formował się styl nie tylko Nirvany, ale też Pearl Jam, Soundgarden i Alice in Chains, w którym to ostatnim wokalistą pozostawał wspominany na początku artykułu Layne Staley.

    Seattle spełniało wszelkie warunki, aby stać się niemym świadkiem narodzin nowego podgatunku rocka. Przewaga pochmurnych dni sprzyjających nostalgii, niszowe kluby, atmosfera outsiderstwa, niezależność względem muzycznych wytwórni z amerykańskich metropolii – to wszystko sprzyjało młodym gniewnym wyrażającym wewnętrzne frustracje dynamiczną muzyką.

    Alice in Chains powstało w tym samym 1987 roku, co Nirvana, z inicjatywy gitarzysty Jerry’ego Cantrella oraz perkusisty Seana Kinneya. W krótkim czasie główny wokal w składzie przypadł w udziale współpracującemu wcześniej z muzykami Layne’owi Staleyowi.

    Złoty chłopiec

    Na długiej liście punktów wspólnych między Laynem a Kurtem Cobainem widnieje jeszcze jeden – Staley podobnie urodził się w 1967 roku i przeżył rozwód rodziców. Niemal od kołyski wykazywał zainteresowanie sztuką i ponadprzeciętną kreatywność. Jego matka wspominała, że zanim nauczył się mówić, żywo reagował na puszczane przez nią kawałki z radia i próbował je nucić. Z drugiej strony opowiadała, że Layne był bardzo uczuciowy i przeżywał otaczający świat inaczej od przeciętnych jednostek.

    Z czasem pasji przybywało. Layne rysował, rzeźbił w drewnie, jeździł na deskorolce, grał na trąbce, klarnecie i perkusji. Liczne talenty zdominował jednak jeden z najwspanialszych wokali w dziejach muzyki. Skala głosu Layne’a Staleya wynosiła 4 oktawy. Na scenie grunge’u wyróżniał go silny, mroczny wokal. W przeciwieństwie do „chaotycznego” Kurta Cobaina Layne Staley sprawował nad głosem większą kontrolę i wykazywał melodyjność.

    Szkołę uznawał za instytucję pozbawiającą dzieciaki indywidualizmu. Miał problemy z rówieśnikami, którzy wyśmiewali jego początkowo niski wzrost i niesztampowe zainteresowania. Wewnętrzne cierpienie popchnęło go w stronę muzyki metalowej, która – jak wiedzą wszyscy fani – rodzi się w bólach, ale posiada też moc rozładowania tych bolączek. Tworzona z mroku dla wszystkich tonących w psychicznej otchłani muzyka dała Staleyowi zrozumienie. Inspiracje czerpał z wizerunku Ozzy’ego Osbourne’a czy Iana Gilliana z Deep Purple.

    Z czasem Layne urósł do 183 cm, a dziewczyny zaczęły zwracać na niego uwagę. Nabrał pewności siebie, ale nie wyzbył się konfliktowej natury. Wdawał się w bójki, eksperymentował z narkotykami. W wieku 15 lat wiedział, że chce zostać wokalistą. Szlifując śpiew, dorabiał jako pomocnik kelnera czy pomywacz.

    W 1984 roku Layne Staley dołączył do amatorskiego zespołu Sleze, który dwa lata później zmienił nazwę na Alice N’ Chains. Po wydaniu dwóch demo projekt rozwiązano w 1987 roku. W wyniku rozłamu członkowie grupy tworzyli kolejne, oddzielne formacje. Layne dołączył do zespołu Jerry’ego Cantrella, który po licznych wojażach (występował m.in. jako Diamond Lie) przyjął ostatecznie nazwę Alice in Chains.

    W 1990 roku grupa zadebiutowała albumem studyjnym „Facelift” charakteryzującym się z jednej strony brutalnym obliczem grunge’u, a z drugiej – emocjonalnymi, osadzonymi w krytyce społecznej i prywatnym bólu tekstami Layne’a Staleya. Popularność przyniósł im singiel „Man in the Box”.

    Dźgnięcie

    Layne Staley nie radził sobie z rozpoznawalnością. Nagłą sławę komentował słowami: „To mnie przeraża. Ludzie traktują mnie jak obiekt. Nie jestem już człowiekiem. Jestem tylko towarem, który ma zostać sprzedany”.

    Dwa lata później światło dzienne ujrzało opus magnum zespołu – album „Dirt”, na którym Layne Staley rozliczał się z wyniszczającym uzależnieniem od heroiny. Miał wtedy za sobą leczenie odwykowe, niestety kolejne lata jego życia będą autodestrukcyjną sinusoidą, w której odwyk będzie się przeplatał z dalszym zmaganiem z nałogiem.

    Ten wpływał na konflikty w Alice in Chains – w ekstremalnych punktach życia Staleya, zespół musiał odwoływać trasy i koncerty, które stanowiły życiową szansę. Layne odstawił narkotyki na krótki czas po śmierci Kurta Cobaina. Wtedy też zadebiutował supergrupą Mad Season.

    Wśród znajomych uchodził za osobę szalenie inteligentną i skłonną do żartów, ale przy tym cichą, nieśmiałą (nawet po zostaniu międzynarodową sensacją), popadającą w melancholię, skrywającą smutek i zagubioną. Ann Wilson, wokalistka Heart, powiedziała, że „Layne był zbyt wrażliwy dla tej ziemi”. W czasach największego kryzysu nie zapominał o potrzebujących. Dzielił się majątkiem z biednymi, rozdawał bilety na własne koncerty nastolatkom z problematycznych domów.

    Bratnie dusze

    Pod koniec lat 80. Layne Staley związał się z Demri Parrott. Aspirująca do świata sztuki dziewczyna niestety również była pogrążona w narkotykowym nałogu. Ich relacja pozostawała bardzo skomplikowana, jednak parę łączyła wzajemna troska i miłość. Rozstawali się i schodzili. Chodzili na wspólny odwyk. Ostatecznie w 1994 roku Demri zerwała zaręczyny. Otoczenie stale próbowało ich rozłączyć. Bliscy Layne’a sądzili, że dziewczyna ciągnie go w dół. Bardziej prawdopodobne, że w momentach czystości Staley pokładał jednak w miłości do Demri nadzieję na zwycięstwo w walce z nałogiem.

    Zdaniem przyjaciół Demri, dziewczyna zerwała z muzykiem przez wyrzuty sumienia, myśląc, że bez niej odzyska szansę na normalne życie. Stało się dokładnie na odwrót. W 1996 roku Demri Parrott zmarła w wieku zaledwie 27 lat z powodu zatrucia środkami odurzającymi. W ostatnich miesiącach życia była hospitalizowana m.in. z powodu operacji serca. Odmawiała finansowego wsparcia od Layne’a, ale ten, mimo rozstania, odwiedzał ją w szpitalu do końca.

    Wszyscy wokół byli zgodni, że śmierć Demri na zawsze zmieniła Layne’a Staleya. Nie mógł wybaczyć sobie tego, że nie wyjechał z dziewczyną w porę z Seattle, gdzie narkotyki w latach 90. były na wyciągnięcie ręki, aby rozpocząć życie od nowa.

    Mimo wcześniejszych prób walki z nałogiem, po śmierci Demri Layne całkowicie się poddał i pogrążył w narkotykowym świecie. Unikał publicznych wystąpień, zerwał większość kontaktów, tracił uzębienie. Gdy w 1998 roku powrócił na krótko do współpracy z Alice in Chains, znajomi go nie rozpoznali. Był tak wyniszczony, że przypominał wychudzonego osiemdziesięciolatka. Z powodu utraty zębów wystąpił problem z rejestracją jego wokalu w wyniku seplenienia.

    Powolne umieranie

    Jego losy aż do 2002 roku są mało znane i wypełnione kompletną izolacją. Przestał odbierać telefony, nie wpuszczał znajomych do mieszkania. Utrzymywał kontakt wyłącznie z matką, ojczymem i przyrodnim rodzeństwem. Czasami któryś z dawnych współpracowników rozpoznał go na ulicy czy w barze. Nick Pollock miał płakać po jednym z takich przypadkowych spotkań, gdyż jego zdaniem Layne „wyglądał jak chodzący trup”.

    W marcu 2002 roku pojawił się ostatni cień nadziei. Layne Staley miał wrócić do aktywności, współpracując przy projekcie zespołu Taproot. I wtedy wydarzyło się najgorsze.

    19 kwietnia 2002 roku księgowy wokalisty poinformował jego dawną menedżerkę, że z konta bankowego Staleya nie podejmowano pieniędzy od blisko dwóch tygodni. Zaniepokojona kobieta powiadomiła o tym jego matkę, a ta wezwała policję, która przybyła do domu artysty. Na miejscu znaleziono jego ciało w stanie rozkładu. Ustalono, że zmarł 5 kwietnia po przyjęciu speedballa – mieszanki heroiny i kokainy. W pokoju grał telewizor, na automatycznej sekretarce znajdowało się kilkadziesiąt nagrań od zaniepokojonych bliskich.

    Dzień przed śmiercią Layne’a w jego mieszkaniu był kolega z Alice in Chains, Mike Starr. Widok, który tam zastał, był szokujący. Pokłócił się ze Staleyem, nie potrafiąc znieść faktu, jak bardzo wyniszczyły go narkotyki – Layne ważył poniżej 40 kg. Wychodząc, słyszał, jak Staley krzyczał: „Wróć. Nie zostawiaj mnie tak”. Mike Starr do końca życia miał wyrzuty sumienia z tytułu tego, że nie wezwał wówczas służb medycznych. Poczucie winy przyczyniło się do jego załamania w kolejnych latach. Odszedł dziewięć lat później z powodu przedawkowania.

    5 kwietnia pozostaje symboliczną datą w historii grunge’u, podkreślając tragiczny wymiar ojców buntowniczego nurtu. Przypadające tego dnia jednocześnie rocznice śmierci Kurta Cobaina i Layne’a Staleya przypominają o sukcesie okupowanym cierpieniem, samotności w tłumie i bólu, który mimo scenicznego krzyku nie został należycie usłyszany.

    Layne Staley, fot. Wikipedia
    Layne Staley, fot. Wikipedia

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY