Dzień Dziecka Utraconego
15 października na całym świecie obchodzimy Dzień Dziecka Utraconego. To, obok traumatycznego dnia kiedy „to się stało”, symboliczna data dramatu, z jakim każdego dnia spotyka się tysiące kobiet. Statystyki są zatrważające. Poronienie dotyczy około 10-15% ciąż w Polsce – szacunkowo to aż 40.000 tragedii co roku. Czasem zdarza się kilkukrotnie u jednej kobiety… Rocznie w naszym kraju rodzi się około 1700 martwych dzieci, w skali świata ten dramat dzieje się co 16 sekund.
Tego wieczora na USG mieliśmy nadzieję poznać płeć. Kilka dni wcześniej trochę plamiłam, ale przecież to się zdarza. Bałam się przeokrutnie. Czułam, że coś jest nie tak. Ale chciałam wierzyć, że za chwilę lekarz odwróci monitor i pokaże małe, żwawe serduszko. Zamiast tego była tylko głucha cisza, przeradzająca się w lęk nie do opisania. Przerwało ją kilka słów, które pamiętam do dziś: „Przykro mi, Pani dziecko nie żyje”. Te kilka dźwięków przeszło przez moje uszy, dudniąc w głowie zaczęło mrowić jej tył i upadło z echem w mostku wyrywając w nim pustkę – paraliżującą próżnię. Jak przez mgłę kojarzę wypisywanie skierowania do szpitala, wyjaśnienia, chyba nawet podawanie leków uspokajających. Ale… nie! To nie ja! To nie tak miało być! To przecież jakaś pomyłka, to tylko sen… NIE!!!
USG
Wieczorem wyłam nad zdjęciem z poprzedniego USG, głaszcząc moją maleńką, utraconą nadzieję. Była tak cudnie krągła. Gładziłam ją po główce i nie mogłam pojąć, że choć we mnie jest, to już jej nie ma.
Następnego dnia, w szpitalu wykonano USG potwierdzające wcześniejszą diagnozę. Niestety… Postanowiono mi odebrać moją kruszynę. Wyrwać ją brutalnie z ciepłych objęć matki. Taką małą i bezbronną. Podano mi leki na wywołanie skurczy macicy i kazano czekać, więc czekałam nie mogąc pojąć, dlaczego mnie to spotkało. Rozmowa z psychologiem, położną. Ich spokój był irracjonalny.
Po kilku godzinach zaczęły się skurcze, odeszły wody. Młoda, ciepła i opanowana położna przychodziła do mnie co chwilę i pomagała. Rozmawiała i tłumaczyła. Trzymała za rękę kiedy do zimnego, szklanego słoja urodziła się moja utracona nadzieja. Kolejne USG i zalecenie łyżeczkowania. Głupi jaś… a potem już tylko szpitalna sala dla takich jak ja… Pustych!
Historie
Takich historii każdego dnia dzieje się zbyt wiele. One nie powinny mieć miejsca, a mimo wszystko osobiście znam wiele mam „Małych Aniołków”. To są wyjątkowe kobiety, które przeszły przez piekło śmierci dziecka i tę intymną traumę przeżywały na tle sinych kafelków i metalowych łóżek. Większość z tych dramatów wygląda podobnie, choć są i takie, które bolą bardziej…
W tym wszystkim jest jeszcze ojciec dziecka utraconego. Odrętwiały, nijaki, cierpiący w ciszy i przerażony. Traci dziecko, a jednocześnie panicznie boi się o jego matkę. Jak z nią rozmawiać? Jak to przetrwać, by nie uciec?
Wszystko dzieje się w środowisku lekarskim, szpitalnym. Znieczulica potrafi być obezwładniająca. A większość lekarzy uważa, że jedyne czego teraz kobieta potrzebuje, to wyliczanka połogu poporonnego i snucie planów na temat kolejnej ciąży i nie daj Bóg, zegara biologicznego. Brak empatii i ludzkich odruchów, tylko zimny profesjonalizm.
Dom
A potem wracasz do domu i musisz żyć. Świat się nie zatrzymał, choć dla Ciebie wszystko wygląda inaczej. Spotykasz rodzinę i znajomych, oni przecież wiedzieli, gratulowali. Teraz spuszczają wzrok. Nie potrafią się zachować, nie wiedzą jak z Tobą rozmawiać, więc na wszelki wypadek Cię unikają. Trędowata…
Każda z nas na swój sposób przeżywa żałobę. Jedne mają już starsze dzieci, więc rutyna dnia codziennego i pęd zajmują czas. Inne rzucają się w wir pracy zawodowej, robią porządki albo gotują. Część popada w depresję i potrzebuje pomocy specjalisty. Niektóre z nas od początku opowiadają o swojej stracie, a inne płaczą w samotności. I żaden z tych sposobów nie jest zły. Najgorszym jest poczucie winy i odpowiedzialności za poronienie czy śmierć dziecka. Tłumaczenia lekarzy i opowieści o wadach dziecka i sile natury, na niewiele się zdają. Choć powtarzają, że tak jest lepiej, to do Ciebie nie docierają te puste słowa.
Rok po poronieniu trzymałam na rękach kilkudniową, zdrową córeczkę. Spała spokojnie, a ja zalewałam się łzami. Byłam zrozpaczona, bo uświadomiłam sobie, że mojego pierwszego dziecka nie mogłam objąć i pocałować. Miałam okrutne poczucie winy, a przeświadczenie, że moje dzieciątko nie zostało utulone i że przez to czuje się samotne i niekochane, doprowadzało mnie do obłędu.
Po latach
Dopiero po kilku latach zrozumiałam, że ono było, jest i będzie zawsze ze mną. Że patrzy na mnie z góry i opiekuje się naszą rodziną, swoim młodszym rodzeństwem. Że kiedyś będzie nam dane się spotkać i wtedy je wyściskam z całych sił. Ją! Bo czuję całym sercem, że to była dziewczynka.
Bólu po stracie dziecka nie da się opisać. To jest coś tak tragicznego, tak bardzo różniącego się od codziennych problemów, zawodów, rozczarowań czy nawet cierpienia fizycznego, że nie da się tego do niczego porównać. Jest bardzo trudne do wyrażenia i zrozumienia nawet, a może przede wszystkim, przez samych rodziców. Złożoność absurdów boli – opłakujesz kogoś, kogo nie zdążyłaś poznać, kto jeszcze nie wyrył swojego wizerunku w Twojej pamięci. Czujesz fizyczną pustkę, choć to serce roznosiła radość. Boisz się dotknąć tego miejsca, gdzie ono było, żeby nie poczuć, że już go nie ma.
Ból nie mija! Trauma owszem, ale nie ból. Uczysz się z nim żyć. Na początku płaczesz kilka razy dziennie, z czasem rzadziej, pod wpływem impulsu. Myślisz każdego dnia, choć w moim przypadku minęło ich już ponad 3,5 tysiąca, to zawsze wspominam moją utraconą nadzieję. Czasem patrząc na trójkę moich dzieci zastanawiam się jakby wyglądała, które z nich ma jej oczy, a które nos. Co by było, gdyby…
Dziś jest Dzień Dziecka Utraconego, ale nigdy, przenigdy! nie trać go ze swojej pamięci i serca. Jesteś jego mamą. A ono JEST Twoim dzieckiem!
Agata – mama czwórki!



