Wyrok śmierci za życia

Wyrok śmierci za życia

Chodząc po parku, zauważyłam, że mijam sporo ludzi zakochanych w sobie, patrzących sobie czule w oczy, trzymających się za ręce. Byłam zazdrosna, nie wiem, czy zła, ale na pewno zazdrosna.

Jak byłam młoda, też miewałam takie chwile z moim mężem. Nawet wiele razy mieliśmy czas tylko dla siebie. Nie było nam źle, to były inne czasy, ludzie tak za sobą nie gonili i dawali sobie szansy. Naprawiali to, co się zepsuło, a nie wymieniali na nowszy, ciekawszy model. Mieliśmy po dwadzieścia parę lat jak braliśmy ślub. Ja do dziś pamiętam zapach kwiatów w moim bukiecie ślubnym. Byliśmy zakochani, ale też mieliśmy wspólne plany i zawsze, ale to zawsze, plany były wspólne. Mijały lata, doczekaliśmy się dwójki wspaniałych synów. Wiem, dla matki jej dzieci są najlepsze, jednak uważam, że moi synowie właśnie tacy byli – najlepsi, przystojni po ojcu i mądrzy po matce, idealny duet. Mój mąż miał pracę, którą nawet lubił, był pracowitym człowiekiem, ja wychowywałam dzieci. Taki idealny przykład rodziny w tamtych czasach. I wiem, że nie mogę narzekać. Nawet nie próbuję i nawet nie chcę. Nasze życie zmieniło się w momencie, kiedy mój mąż zachorował i trafił na wózek. I jest to moment, od którego zaczyna się opowieść o innym życiu, jakby nie moim.

Mąż miał wylewy, dwa w ciągu jednego dnia. Doznał paraliżu prawej strony i oprócz strasznej tragedii, jaka go spotkała, zmienił również swój sposób bycia, postrzegania i stał się potworem. Wiem, co pomyślicie o mnie, że to ja nim jestem, bo powinnam mu współczuć i powinnam być przy nim, mimo wszystko. Tak, ja wiem, przysięgałam na dobre i złe, nie wiedziałam, że to złe będzie mnie aż tak psychicznie wykańczać.

Mąż stał się uparty, opryskliwy, złośliwy. Potrafił nazwać mnie szmatą. Nie chciał się kąpać, każda jakakolwiek rozmowa kończyła się kłótnią, że to ja zmarnowałam mu życie. Ja? To ja niby sprowadziłam na niego tę okropną chorobę. Bolało mnie słuchanie tego i na początku w ogóle się nie odzywałam, starałam się go uspokajać na wszelkie możliwe sposoby. Przebierałam go, karmiłam, myłam, zmieniałam podkłady, sadzałam na toalecie. Kochałam go, kupowałam mu różne drobiazgi, jedzenie, które lubił. Potrafiłam gotować rosół każdego dnia, bo on tylko to chciał jeść.

Lekarze nie dawali mu szans na wyleczenie w pełni, ale dawali szansę na poprawę jego stanu poprzez rehabilitację. Tylko, że on wykończył psychicznie 8 rehabilitantów w dwa tygodnie, ludzie uciekali w połowie ćwiczeń, jedna z pań się popłakała. Przestał robić cokolwiek, żeby z tego wyjść, a winę za to wszystko wylewał na mnie. Moja miłość miała granice i zaczęła się kurczyć, i powoli, lecz nieubłaganie przechodziła w uczucie nienawiści, jedyna moja chwila świętego spokoju to poranna kawa o 4:00 rano z papierosem. Przestałam spać, ponieważ mój mąż nocami krzyczał, że ciągle coś mu nie pasuje, poduszka za nisko, za wysoko, za twardo, chce na jeden bok, na drugi. Kołdra spadła, chce koc… Nie dawałam rady, on zasypiał o 4:00 rano i spał do 12:00 i zaczynało się od nowa.

Mijały lata, z każdym tygodniem było coraz ciężej go dźwigać, a nade wszystko słuchać i znosić. Kiedyś potrafił wylać mi kakao na twarz, bo było za gorzkie, dobrze, że nie gorące, bo mogłabym mieć większy problem. Chciałam go zabierać na spacery, umilać życie, ale nie dało się. Po kilku sekundach chciał już do domu. I ja nawet nie miałabym pretensji… Mój stan wściekłości pogłębiał się, frustracja osiągała poziom niewyobrażalny. Jego stan nie poprawiał się i nie pogarszał. Trwał w tej beznadziei cały czas, ja trwałam razem z nim. Chociaż miałam dni, kiedy pragnęłam, żeby coś się zmieniło. Coś, nie zawsze miałam na myśli co, coś na lepsze. Kiedyś usiadłam obok niego na krześle i spojrzałam mu w oczy, usłyszałam: czego?, patrzyłam dalej i powiedziałam: nawet nie wyobrażasz sobie jak ja cię nienawidzę i jak każdej nocy, kiedy drzesz japę, mam ochotę użyć poduszki, jak ja pragnę wyjść z tego domu i już nigdy do niego nie wrócić. Patrzył na mnie i nawet nie miał ochoty mi przerwać. Ja mówiłam dalej: powiedziałeś, że to ja niszczę ci życie, że jestem suką, że nic nie robię dobrze, stworzyłeś mi w moim własnym domu, miejsce bólu i tortur, zostałam z tobą, bo cię kochałam od pierwszych dni jak cię zobaczyłam, dziś nie potrafię na ciebie patrzeć, a każdy twój nocny jęk odbieram jak zbawienie, bo może być ostatnim.

Łzy płynęły mu po policzkach, patrzył na mnie i milczał. Wstałam i próbując odejść przepchnęłam lekko wózek, złapał mnie za dłoń swoją dłonią, spojrzałam na niego z góry, a on dodał ostatnie zdanie: za tę nienawiść zapłacisz życiem, które poświęcisz na wycieranie mi tyłka. Obróciłam głowę i odchodząc dodałam, nie, to ty zapłacisz za nią, samotnością, która będzie ci towarzyszyć do końca.

Jak się domyślacie, oboje byliśmy dla siebie jak wyrocznie. On przepowiedział moją przyszłość, a ja jego. Kolejne lata mijały mi na tym samym, on cierpiał podwójnie z bólu zastanych mięśni i bólu samotności. W końcu oboje przegraliśmy. Mój mąż przestał mówić, każdy dzień był cichym protestem przeciwko życiu. Nie był wstanie podnosić kubka, patrzyłam jak gaśnie. Miewał noce, kiedy krzyczał do upadłego, płakał, wrzeszczał. Nie umiałam mu pomóc, zaczynałam zachowywać się tak obojętnie, nie czułam już nic. Widziałam w jego oczach, że powoli żegna się ze mną, ale nie mówił nic. Pożegnanie trwa do dziś, każdego dnia razem w swoim zamkniętym i hermetycznym życiu, powoli umieramy, tylko czasem ja uciekam na chwilę wytchnienia do parku. Czuję się, jakbym uciekała do alternatywnej rzeczywistości, mój już prawie 18-letni wyrok powolnego obumierania, wydaje się nie mieć końca.

Kiedy człowiek poznaje człowieka, godzi się na bycie z nim, podobno bierze pod uwagę każdą ewentualność. Kiedy padają okrutne słowa z ust, dalej trwa się obok siebie, naprawiając, a nie zmieniając. Taką miałam filozofię życia. Opieka nad moim chorym i okrutnym w tej chorobie mężem, jest pełna wyrzeczeń, wyborów, ciągle tej samej osoby. Walczyłam razem obok niego o lepsze życie, jak był zdrowy, trwałam – jak zachorował i obumieram z nim w jego śmierci za życia. Czy moja miłość się zmieniła? Tak zmieniła, kochałam szczerze i oddałam siebie, dziś chyba nie mam siły go nawet nienawidzić. Wiem jedno, szukajcie miłości, która będzie miała różne oblicza i kochajcie miłością, która ma różne odsłony, bo może nadejść dzień, kiedy zostanie wystawiona na ciężką próbę i nie każda będzie miała szansę przetrwać. Kochaj i daj się kochać, trwaj nawet, jak los ugnie Ci nogi, ale tylko dla człowieka, dla którego warto.