Wzorowy obywatel Wiktor - życie po więzieniu

Wzorowy obywatel Wiktor - życie po więzieniu

- Nie mam złych cech. Jestem dobrym człowiekiem. Noga mi się powinęła, każdemu się to zdarza – mówi Wiktor Mochow, który przez niemal cztery lata – a dokładnie przez 1296 dni – więził i gwałcił dwie nastolatki. Gdy 1 marca br. po 17 latach wyszedł z więzienia, zyskał niemal status "celebryty" – udziela wywiadów, gości w programach telewizyjnych i pisze listy do swoich ofiar, proponując "spotkanie po latach".

Bunkier

Wiktor Mochow, mieszkaniec niewielkiego miasta Skopin pod Riazaniem, miał 47 lat, gdy wpadł na iście szatański pomysł uwięzienia kobiety, która byłaby jego seksualną niewolnicą. Miał problemy z kobietami, nie potrafił nawiązywać relacji, kobieta, którą poślubił w wieku 29 lat, uciekła od niego po czterech miesiącach małżeństwa. Dlatego przez trzy lata pod stodołą, znajdującą się na należącej do niego działce, Mochow kopał i betonował dźwiękoszczelny bunkier, który zabezpieczył betonowymi drzwiami sejfowymi. Gdy w 2000 r. prace dobiegły końca, ten przodownik pracy, najlepszy ślusarz w miejscowej fabryce agregatów samochodowych, zaczepił dwie nastolatki, które właśnie wracały z obchodów Święta Wiary, Nadziei i Miłości w centrum Riazania. Był 30 września 2000 r. Mochow zaproponował, że podwiezie je do domu, żeby nie musiały czekać na autobus i jechać w ścisku. Ufne nastolatki – 14-letnia Katia Martynowa i 17-letnia Lena Samochina – wsiadły do auta, którym jechał Mochow wraz ze swoją znajomą Jeleną Badukiną. Wypiły po kieliszku wina "z okazji święta". Jak się później okazało, w winie znajdował się środek usypiający. Dziewczyny obudziły się w bunkrze. Tam niemal od razu zostały zgwałcone przez Wiktora Mochowa, który zagroził im śmiercią. W wywiadzie, którego udzielił dziennikarce Ksenii Sobczak, uznał, że nastolatki "same są sobie winne" i zachowały się "jak kobiety lekkich obyczajów", ponieważ zgodziły się na podwózkę i wypiły zaproponowany alkohol.

Przez 1296 dni Wiktor Mochow gwałcił, głodził i groził nastolatkom, że zablokuje dopływ powietrza do bunkra. Każdą z nich zgwałcił ponad 900 razy. Jekatierina Martynowa, młodsza z ofiar porywacza, opowiadała w wywiadzie, że do gwałtów dochodziło za każdym razem, gdy Mochow pojawiał się w bunkrze.

Dzieci na klatce

Lena Samochina trzykrotnie zachodziła w ciążę – pierwsze dziecko urodziło się 6 listopada 2001 r. Po kilku miesiącach Mochow zabrał niemowlę i podrzucił je w walizce na klatce domu przy ul. Lenina w Skopinie. To samo zrobił z drugim chłopcem, który urodził się 6 czerwca 2003 r. W obu przypadkach porody odbierała Katia, której Wiktor Mochow przyniósł podręcznik dla położnych.

- Miałam 14 lat, kiedy po raz pierwszy czytałam tę książkę, było tam dużo niezrozumiałych dla mnie terminów, nie wiedziałam, co to jest łożysko i cały proces porodu, wiedziałam tylko, że muszę jak najszybciej przeciąć pępowinę – mówiła Martynowa w wywiadzie, udzielonym Ksenii Sobczak. – Miałam tępe nożyczki i właśnie z nich skorzystałam, potem położyłam malucha Lenie na brzuchu.

Dziewczyny wiedziały, że drugie dziecko też zostanie im wkrótce odebrane – dlatego do sekretnej kieszonki w pieluszce włożyły karteczkę z informacją, że zostały porwane i są przetrzymywane przez Wiktora Mochowa. Niestety, porywacz przewinął dziecko zanim podrzucił je na klatkę domu przy ul. Karola Marksa w Skopinie i znalazł notatkę. Później z satysfakcją obserwował, jak z każdym dniem gaśnie nadzieja dziewcząt na uwolnienie z bunkra…

Notatka

Wpadł, gdy postanowił porwać kolejną dziewczynę. Zapowiedział uwięzionym, że dołączy do nich studentka, której wynajął pokój w swoim domu. W tym celu kazał Katii Martynowej udawać swoją siostrzenicę, by wzbudzić zaufanie potencjalnej ofiary. Zorganizował w swoim domu "wieczorek zapoznawczy", na który zaprosił nową lokatorkę i Katię. Katia dała jednak znak studentce, by ta nie piła alkoholu (był w nim środek nasenny), a do opakowania kasety, której słuchali podczas imprezy, włożyła karteczkę z informacją, że Mochow nie jest jej wujkiem, a ona sama jest wraz z koleżanką więziona przez niego od 2000 r. "Odnieś tę notatkę na milicję" – napisała ofiara Mochowa.

Śledczy zatrzymali Mochowa w maju 2004 r. Po kilku godzinach przesłuchania zapowiedzieli, że jeśli Mochow nie wskaże miejsca, w którym przetrzymuje porwane dziewczyny, buldożerami zmiotą jego dom. Wtedy mężczyzna uznał, że jeśli podczas niszczenia stodoły Katia i Lena zginą, "będzie dla niego gorzej". Dlatego też wskazał miejsce, w którym znajduje się zamaskowane wejście do bunkra. 4 maja 2004 r., po niemal czterech latach w niewoli, Katia Martynowa i Jelena Mochowa odzyskały wolność.

Każda z nich wyszła za mąż. Jelena została nauczycielką języka angielskiego. Jekatierina napisała książkę o życiu w bunkrze. Urodziła dwoje dzieci. Walczy o prawa kobiet.

"Nie mam złych cech"

Wiktor Mochow, jak wynika z wywiadów, których ochoczo udziela rosyjskim dziennikarzom, nie postrzega siebie jako przestępcy. Wręcz przeciwnie, uważa, że jest dobrym człowiekiem, a że powinęła mu się noga – cóż, każdemu się to zdarza.

W głośnym, przytaczanym wyżej wywiadzie, którego udzielił Ksenii Sobczak dwa tygodnie po wyjściu z więzienia, opowiada, że nie było dla niego ważne, że dziewczyny nie darzą go uczuciem.

- Leży ładna, młoda dziewczyna – czego chcieć więcej? Nie było ważne, że ja się jej nie podobam – najważniejsze, że ona podobała się mnie – przyznał w kontrowersyjnej rozmowie, która obfitowała w dramatyczne szczegóły uwięzienia dwóch nastolatek.

Najbardziej jednak szokującą wypowiedzią Wiktora Mochowa były jego refleksje o dalszych losach jego ofiar.

- Dziewczyny ułożyły sobie życie. Cieszy mnie to, że wszystko u nich w porządku. Lena została nauczycielką angielskiego – kupowałem jej słowniki, uczyła się języka. Katia urodziła dzieci. Lena urodziła dwoje moich, a później już nie rodziła. Nie wiem, chyba powinienem znowu się nią zająć – mówił Wiktor Mochow, przy okazji przekopując ogródek tuż przy stodole, pod którą zbudował więzienie dla swoich "seksualnych niewolnic".

Wywiad wywołał sporo negatywnych komentarzy – wielu ekspertów zarzuciło Ksenii Sobczak, że podnosi samoocenę "skopińskiego mianiaka" w jego własnych oczach. W trakcie rozmowy chwalił się on m.in. tym, że cieszy się teraz zainteresowaniem kobiet, które same mu się narzucają, że dwa razy dziennie ogląda filmy pornograficzne i planuje zakup gumowej lalki w celu zaspokajania swoich potrzeb seksualnych, które nie maleją mimo przekroczenia 70. Ksenia Sobczak odrzuca zarzuty, powołując się na to, że gatunek tzw. true crime stories przewiduje rozmowę ze sprawcą zbrodni, jeśli tylko jest to możliwe, by ukazać "banalność zła".

Najważniejsze jednak słowa w dokumencie, nakręconym przez Ksenię Sobczak, wypowiada Jekatierina Martynowa.

- Zgwałcił mnie ponad 900 razy, to samo zrobił Lenie. Powinien odpowiedzieć za każdy z tych czynów i nigdy nie wyjść na wolność – stwierdziła ofiara Wiktora Mochowa, która teraz domaga się od państwa ochrony przed swoim porywaczem, czyli zakazu kontaktów oraz zbliżania się.

Tymczasem Wiktor Mochow nadal chętnie udziela wywiadów i planuje dalsze spokojne życie.

- Odpokutowałem, przecież nie będę przez resztę życia cierpiał – powiedział pod koniec spotkania z Ksenią Sobczak.