Zadbaj o higienę… umysłu

Zadbaj o higienę… umysłu

Pandemia, inflacja, wojna. Codzienne alerty, pilne informacje, nowe doniesienia. I my – ciągle na bieżąco, na czasie, trzymamy rękę na pulsie świata. Bez przerwy goniący za najświeższymi newsami.

Jeżeli miewasz czasem uczucie wewnętrznego niepokoju, czujesz, że szybciej bije Ci serce – ale nie z ekscytacji, jeżeli towarzyszy Ci wrażenie, że zaraz dopadnie Cię atak paniki – być może wpadłaś w pułapkę FOMO. Witaj wśród milionów innych, jest nas coraz więcej. A przybywa coraz szybciej, szczególnie w ostatnich miesiącach.

Informacja jest w cenie

W czasach, gdy informacja jest walutą/władzą/wartością, trudno odciąć się od stałego dopływu nowej wiedzy. Potrzebujemy jej przecież w pracy, w codziennym życiu, do tego, aby być na bieżąco, mieć o czym rozmawiać z innymi. Lubimy orientować się w świecie i nie ma nic dziwnego w tym, że staramy się być na bieżąco.

Problemem jest jednak współczesny nadmiar informacji. W czasach, gdy do wyboru mieliśmy jedną, dwie gazety codzienne, dowiedzenie się, co słychać w świecie, tym bliskim i tym egzotycznym, zajmowało pół godziny dziennie (no, chyba że mowa o brytyjskim „The Times”, którego pojedyncze wydanie w czasach silnego już rozwoju prasy mogło ważyć ponad kilogram!).

Po porannej prasówce czytelnik miał więc czas na oddech aż do następnego ranka – do czasu ukazania się kolejnego wydania gazety. Wydawcy szybko spostrzegli jednak, że informacja sprzedaje się jak świeże bułeczki. Nic dziwnego – dobrze (i wcześniej) poinformowani mogli robić lepsze interesy, bo wcześniej mieli dostęp do wiedzy, której nie miała pozostała część rynku. Ludzie o rozległej wiedzy z różnych dziedzin stawali się bardziej atrakcyjni zawodowo i towarzysko. A od czasu wynalezienia prasy poradnikowej (początkowo kierowanej wyłącznie do kobiet) – prasa niosła praktyczne rozwiązania na wiele problemów codziennego życia.

Krótko mówiąc: informacja stała się niezbędna. Wszystkim, bez względu na status społeczny i na to, czym się w życiu zajmowali.

Znak epoki cyfrowej

Świat podporządkowany dyktatowi danych i informacji miał jednak dopiero nadejść – wraz z rozwojem technologii informacyjnych i cyfrowych. Przyzwyczailiśmy się już do nich i stały się niezbędną częścią naszej codzienności. W wielu aspektach korzystamy z informacji tak samo jak wcześniej, zmieniło się tylko medium i źródła, z których czerpiemy wiedzę. Szkolimy się przecież intensywnie przy pomocy kursów online (a do niedawna – lekcji zdalnych), spotykamy się na wideokonferencjach, utrzymujemy kontakty i organizujemy życie towarzyskie poprzez media społecznościowe. Przepis na tort urodzinowy znajdujemy w Internecie, informacje giełdowe w specjalistycznej subskrypcji dla inwestorów, a codzienne wiadomości – w portalach informacyjnych i podcastach publicystycznych. Internet służy nam niezliczonymi pomocami naukowymi do nauki przed sesją na studiach. A w wypadku pilnej potrzeby przypomnienia sobie czegoś lub poszukiwania odpowiedzi na trudne pytanie, sięgamy raczej po smartfon niż po wielotomową encyklopedię.

Zmieniło się jednak jeszcze coś. Informacji i ich źródeł jest tak dużo, że nie jesteśmy w stanie ich dziś przyswoić. I nie tylko przyswoić! Nie umiemy ich często zidentyfikować, ani nawet nazwać. Bywa, że chłoniemy wiedzę niczym przez osmozę: nie pamiętamy już czy o nowym filmie akcji wyczytaliśmy na portalu filmowym, zwiastun rzucił nam się w oczy na fejsbukowym „wallu”, czy też przykuł nasz wzrok z interaktywnego plakatu, zamieszczonego w mailingu. A może usłyszeliśmy o produkcji w radio podczas porannej podróży do biura?

Informacji otacza nas tak dużo, są tak powtarzalne, a często zlane w całość, że doczekały się mało pochlebnego określenia „szum informacyjny”. Na gruncie naukowej wiedzy o mediach zidentyfikowano liczne zjawiska związane z zalewem informacji, którego doświadczamy codziennie. Mówi się o tym, że media dyktują to, o czym mamy myśleć i w jaki sposób (tzw. priming i ramowanie), ustanawiają hierarchię tego, co jest dla nas ważne (teoria porządku dnia) i przyzwyczajają nas do tego, że jedynie sensacja i złe wiadomości godne są zainteresowania (negativity bias).

Chłoniemy więc informacje jak gąbka, zewsząd, niemal bez selekcji. Wydaje nam się, że jesteśmy dobrze poinformowani, tymczasem – jesteśmy bezbronni wobec wszechobecnego szumu informacyjnego.

Kakofonia wiedzy

Media są wszędzie. Nie kojarzymy ich już z dobrze poznanymi, oswojonymi „nadajnikami”, jak telewizor, radioodbiornik, gazeta lub magazyn. I przekaźniki, i przekazy mają dziś często charakter ulotny, trudny do zaklasyfikowania, nazwania. Trudny do zauważenia. Krzyczą do nas reklamy w tramwaju, zajawki artykułów w Internecie, gazety w witrynach kiosków. Jednym uchem podsłuchane radio, billboard, który mignie za oknem samochodu, podpowiedź przeglądarki w telefonie. Spośród wszystkich informacji, które napotykamy każdego dnia, jesteśmy w stanie zauważyć zaledwie kilka procent. Zauważyć, nie: zrozumieć.

A przecież są sytuacje, w których wydaje się, że najświeższe wiadomości to kwestia życia i śmierci, szczególnie w sytuacjach, których doświadczamy przez ostatnie lata i miesiące. Ile zakażeń w ostatniej dobie? Dokąd uciec przed podatkami? Czy Rosja posunie się dalej? Kiedy podwyżka stóp procentowych? Od tego wszystkiego zależą nasze istotne decyzje, często o wadze życiowej. Na podstawie informacji możemy zdecydować, czy się zaszczepić, zmienić formę działalności, a może wywieźć rodzinę z kraju czy przeznaczyć niemal wszystkie oszczędności na nadpłatę kredytu.

W ten sposób dajemy się wciągnąć w medialną psychozę strachu. Zadaniem mediów jest informować. Ale z biznesowego punktu widzenia – także zarabiać.

Od informowania do przerażania

„Kto pierwszy, ten lepszy” – tak działają media w trybie newsowym, dostarczając informacji minuta po minucie, utrzymując nasze niesłabnące zainteresowanie i przywiązując do siebie odbiorców. Dobrze widzieć minuta po minucie jak przebiega akcja ratownicza w zawalonym szybie kopalni albo lądowanie awaryjne samolotu z bliskimi na pokładzie. Gdy jednak nadzwyczajna sytuacja utrzymuje się miesiącami (jak rosyjska inwazja) lub latami (jak pandemia), coraz trudniej o bycie pierwszym i najlepiej poinformowanym. Ponieważ informacje pojawiają się bardzo często i coraz częściej są powielane, nadchodzi czas na większy kaliber w walce o widzów/czytelników/słuchaczy. „Krew, seks i pieniądze”, czyli sensacja – zawsze sprzedają się dobrze. Doniesienia medialne serwowane są więc w sensacyjnym sosie. Warto o tym pamiętać, gdy po przeczytaniu/usłyszeniu najświeższych raportów poczujemy znów zagubienie, lęk czy panikę.

A to przecież nie koniec. Na pomysł ubierania wiadomości w sensację nie wpada przecież jeden nadawca, tylko kilku w podobnym czasie. Ci, którzy chcą im dorównać, podkręcają jeszcze mocniej temperaturę serwowanych doniesień. Bardziej kategoryczne stwierdzenia, silniej nacechowane nazwy, nowe, wyraziste metafory. To dlatego oprócz „rosyjskiej inwazji” czytamy dziś również o „atakach”, „ludobójstwie” i „zbrodniach wojennych”. Słuszne jest nazywanie spraw – szczególnie tak potwornych – po imieniu. Jednak nadmierne obcowanie z nimi pobudza nasz system nerwowy do poziomu, na którym nie powinien on pozostawać przez długi czas.

Cyfrowy detoks

To może się zwyczajnie odłączyć? Przestać śledzić media i odciąć przekazy, które atakują nas zewsząd, a powodują dyskomfort, stan bliski paniki lub nawet nerwice? Wydaje się to najprostszym rozwiązaniem w sytuacji, gdy informacja bardziej nam szkodzi niż ułatwia życie. Wyłączenie mediów, nieczytanie wiadomości, nieoglądanie głównego wydania programu informacyjnego. To nie takie proste, prawda? Szczególnie, że informacja jest wszędzie. A zrezygnować z posiadania smartfona i dostępu do Internetu, z jazdy komunikacją, ze słuchania radia – już nie tak łatwo sobie wyobrazić.

Nie chodzi zresztą o demonizowanie mediów, o całkowite ich odstawienie. Są nie tylko oknem na świat, są przecież dla nas rozrywką, ułatwieniem, źródłem nowych doświadczeń i wiedzy. W czasie społecznej izolacji były jedynym widokiem na świat zewnętrzny i okazją do kontaktów towarzyskich.

Warto jednak zrobić mały test – będąc w domu, w czasie wolnym, wyłączyć telewizor i radio, odłóż smartfon, laptopa (i smart zegarek, jeżeli przychodzą nań powiadomienia o mailach i czatach). Obserwuj się w takiej sytuacji przez godzinę. To, że na początku nie możesz sobie znaleźć miejsca, jest całkiem normalne – w końcu szybki serial, gra na telefonie, „przescrollowanie” Facebooka to łatwo dostępne rozrywki, które wielu z nas przychodzą do głowy jako pierwszy wybór w czasie wolnym. Problem pojawia się, gdy oprócz początkowej dezorientacji w ciągu tej godziny zaczynasz odczuwać też niepokój, irytację, nie możesz znaleźć sobie miejsca ani nic „analogowego” do zrobienia, wyładowujesz się na domownikach.

Lęk przed przegapieniem

Takie objawy wskazują na to, że prawdopodobnie mierzysz się z FOMO, czyli lękiem przed tym, co nas omija, strachem przed przegapieniem czegoś istotnego. Jest to dyskomfort, którego doświadczamy, gdy nie mamy stałego dostępu do informacji i ich źródeł. Czujemy wtedy, że „prawdziwe życie” dzieje się gdzieś indziej, inni doświadczają więcej i „żyją naprawdę”, a my utknęliśmy w nudnych, rutynowych sprawach, podczas gdy cała ekscytująca strona istnienia przypada w udziale innym.

Często tym, których obserwujemy w mediach społecznościowych. Bo przecież tam wszyscy (tylko nie my) bywają wyłącznie na egzotycznych wakacjach, jadają jedynie wykwintne potrawy, a dzieci ubierają w jasne, eleganckie ubranka od projektantów. Media społecznościowe sprzyjają FOMO, bo pokazują tylko fragment cudzego życia. Nie powinniśmy porównywać z nim całego własnego świata, którego znamy i cienie, i blaski, a nie tylko jego najbardziej spektakularne momenty.

Lęk przed tym, co nas może omijać nasila się naturalnie w pewnych okresach życia. Wtedy, gdy z nudów zbyt dużo czasu spędzamy na Facebooku i Instagramie. Gdy jesteśmy na urlopie macierzyńskim, a cała reszta świata „robi karierę”. Kiedy przesiadujemy nudne długie dnie w pracy, której szczerze nie znosimy, a inni uprawiają wolne zawody i zabierają komputer na wakacje na Malediwach. Media są oczywiście winne, ale najtrudniej zdać sobie sprawę z tego, że w dużej mierze sami to sobie fundujemy. Nie odcinamy się od tego, co nas drenuje i dajemy się wkręcić w spiralę potrzeb, które nie są nasze. Nauczeni przez media, wyolbrzymiamy to, co nudne i negatywne u nas. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do sensacji i dramaturgii, że w końcu zaczyna ich nam brakować nawet na co dzień. Tęsknimy za tym, by żyć cudzym życiem, a tym samym przegapiamy swoje.

To co możemy zrobić?

W skrócie: zadbać o higieną poznawczą. Tak jak dbamy o higienę osobistą, higienę miejsca pracy, nawet higienę umysłową – warto zatroszczyć się o to, co serwujemy sobie w codziennej dawce informacji. Zadać pytanie, czy na pewno chcemy to wiedzieć. Czy rzeczywiście przeglądamy Facebooka, aby dowiedzieć się, co słychać u znajomych, czy też daje nam to coś innego? I czy raportów o nowych zakażeniach nie śledzimy przypadkiem ze zwykłego przyzwyczajenia.

Gdybyśmy mieli pochwalić się swoimi zainteresowaniami, pojawiłaby się tam kultura, sztuka, nauka, kulinaria, polityka, finanse, moda… A przecież bardzo często spędzamy czas bezrefleksyjnie czytając właściwie nie wiadomo o czym. Nie wiedzę, tylko opinie. Nie rzetelne informacje, tylko kulejące tłumaczenia z zagranicznych serwisów, często przeterminowane o całe miesiące albo lata. Nie sprawdzamy źródeł, nie różnicujemy ich, nie buntujemy się przeciw temu, co samo wchodzi nam do głowy. Nie zauważamy, że łatwo nam zaspokajać potrzebę bycia dobrze poinformowanym kosztem poczucia bezpieczeństwa i pewności.

Przejdźmy na dietę nisko informacyjną: wybierajmy świadomie, jakim wiadomościom i z jakiego źródła damy dostęp do naszego mózgu. Czym nakarmimy swoje emocje: czy kolejną dawką przerażających newsów czy może pogłębioną analizą, która daje nieco nadziei. Świadomie decydujmy o tym, ile czasu spędzamy w mediach społecznościowych – jeżeli trzeba, to początkowo przy pomocy budzika. Sprawdźmy jak działa na nas regularny, choćby krótki odwyk od mediów i elektroniki. Dyskutujmy z rodziną i przyjaciółmi o tym, co wyczytaliśmy lub usłyszeliśmy. W ten sposób nie tylko spojrzymy krytycznie na dochodzące do nas wieści, ale i pogłębimy więzi z innymi. Te prawdziwe, nie wirtualne.

Unikajmy zagrożeń płynących z kompulsywnego, odruchowego korzystania z informacyjnego dobrobytu, a przestawmy się na świadome i zgodne z naszymi prawdziwymi potrzebami korzystanie z mediów i informacji. Wykorzystujmy ich rolę rozrywkową, edukacyjną, poprawiajmy sobie nastrój filmami, które dają nam komfort emocjonalny. I koniecznie odwiedzajmy serwisy typu dobrewiadomosci.info. Żeby przypomnieć sobie, że nadal, za tymi wszystkimi „bad newsami” otacza nas piękny, kolorowy świat. Pełen mądrych, dobrych ludzi.