Kiedy kończy się dzieciństwo?

Kiedy kończy się dzieciństwo?
Fot. Pixabay

Kiedy zaczyna się bycie dorosłym, a kończy bycie dzieckiem? W momencie pamiętanej przez wszystkich osiemnastki? Czy to jest moment, w którym bierzemy ślub, wierzymy komuś i oddajemy całe nasze życie? Czy to jest moment, kiedy rodzi nam się dziecko i bierzemy czyjeś życie w nasze ręce? A może to jest ten moment, kiedy napotykasz pierwsze problemy w banku, kiedy chcesz wziąć kredyt, a może to jest właśnie ten moment kiedy podejmujesz decyzję o tym kredycie i wybierasz mieszkanie? Siedzę sobie tak i patrzę na piękne fale naszego polskiego Bałtyku. Analizuję swoje życie, które ostatnio nie jest takie jak powinno. Tak bardzo, właśnie teraz, chciałabym powiedzieć do kogoś mamo, tato pomóżcie, ale niestety, miejsce z którego pochodzę, nie napawało mnie optymizmem i nie nauczyło mówić słów: mamo, tato.

Kiedy byłam dzieckiem, wydawało mi się, że całe moje życie będzie dziwne. Ciekawe, ale dziwne, wiedziałam, czułam, że będzie cały czas pod górę. Kiedy moi rodzice pili i  zostałam im odebrana, niewiele pamiętam. Początki mojego życia były w nowych rodzinach, które dość szybko nudziły się moim życiem lub życiem ze mną. Zawsze znajdowały jakiś powód do tego, żebym wróciła skąd pochodzę i wydaje mi się, że chyba nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak się działo? Nie mam pretensji, największą chyba powinnam mieć do swoich biologicznych rodziców, ale nawet do nich nie mam pretensji, bo wydaje mi się, że i tak dali mi ogromny prezent: moje życie.

Jakie to życie jest? Każdego dnia borykam się z poczuciem niesprawiedliwości, żyję w jakimś schemacie, w którym ciężko mi funkcjonować, ale i ciężko z niego wyjść. Raz unikam, raz atakuję, raz akceptuję obecny stan rzeczy. Wydaje mi się, że moje życie jest raz ciekawe, raz nudne, a raz bardzo poplątane. Nawet teraz, kiedy siedzę na tej plaży, w dłoni trzymam jeszcze ciepłą kawę, wydaje mi się, że to jest dziwne miejsce. Fale uderzają o brzeg, czuję ten nieziemski zapach wody i piasku, i mam wrażenie, że moje życie uderza jak te fale o brzeg, tylko moje życie uderza o mur. Czasem mam wrażenie, że nie jestem w stanie go pokonać. Czasem wiem, że mi się udało, bo to nie jest tak, że ja tylko błądzę lub mam jakieś nałogi. Nie, to nie tak. Mam nawet dobrą pracę i mam nawet jakichś przyjaciół, tylko czasem dopada mnie taki moment, w którym jak nigdy wcześniej chciałabym, żeby przytuliła mnie matka, chciałabym, żeby ojciec był dla mnie podporą. Ja nawet nie wiem, gdzie oni są i im bardziej próbuję zrozumieć, że to nie jest możliwe, tym bardziej mi brakuje ich i tego wszystkiego. Chciałabym, żeby teraz ktoś otarł z mojego policzka łzę i powiedział, że będzie dobrze. Mam wrażenie, że moje dorosłe życie, to moment, w którym dostałam swoją pierwszą walizkę i wilczy bilet, przecież byłam wtedy taka mała, taka nieświadoma, że ruszam w drogę, z której nie zawrócę.

Podobno każdy ma swoją bezpieczną przystań, gdzieś ten dom pachnący chlebem, ten pokój, w którym wieszało się plakaty ulubionych gwiazd. Ja nie mam. Każdy statek ma swój   port, a ja jestem jak tratwa, która próbuje zrozumieć, dlaczego jacyś ludzie blokują jej port. Każdy chyba na to zasługuje. Nad pięknym morzem zaczęło się chmurzyć, powiał delikatny wiatr, poczułam bryzę na swojej skórze. Kawa przestygła, niewielu ludzi spaceruje brzegiem. Westchnęłam, otarłam łzy i owinęłam się kocem. Zrobiło mi się chłodno, ale nie tylko na skórze, zrobiło mi się strasznie chłodno w środku. Poczułam, że moje serce rozrywa milion myśli, klatka zwalnia oddech, ale oddech staje się coraz cięższy i trudniejszy, tak jak każdy dzień w moim życiu. Budzę się i podejmuję wyzwanie, czasem nie mam już siły. Nie mam też możliwości, żeby coś lepszego stało się w moim życiu. Przecież jestem dzieckiem bez swoich rodziców.

Czy kiedyś czułam się gorsza? Nie pamiętam kiedy czułam się taka jak inni, nie pamiętam, kiedy czułam się chociaż przez chwilę lepsza. Nie mam rodziny, znajomych zbyt wielu też nie mam. Są obok mnie postacie, które próbują być jak malarze w moim życiu i zostawić po sobie jakiś ślad pędzlem i farbą. Nie zawsze kolorystycznie pasuje to do mnie. Czasem próbują wnieść odrobinę żółci i czerwieni, a przecież w moim życiu kolory dominujące to czerń i biel.  Jak mam sobie samej, temu małemu dziecku, które we mnie jest, które jest tak zakupione jak ja, mam wytłumaczyć, że nie wszyscy w życiu mają to, co chcą. Chciałabym siebie objąć…. dać sobie wiarę w to, że nadejdzie lepszy dzień, pokonać swoje lęki i bóle, ale to nie jest proste. To nie jest tak, że ja umiem zdziałać cuda, bo ta mała wewnętrzna dziewczynka, moje własne ja jest tak zagubione, tak zmęczone życiem, to małe dziecko, które nie zna życia, a już jest nim  zmęczone. Jaki ja jej przykład daję, często płaczę, ona chyba też często płacze, nie umiem już uspokoić się, chciałabym, żeby moje małe wewnętrzne dziecko było silne, bo każdy na taką siłę zasługuje. To, że nie miałam rodziców, że nie mam rodziców i że nie będę ich mieć to fakt, ale to, że przeżyłam już tak długo bez nich, świadczy o tym jaka jestem silna. Powinnam o tym pamiętać, bo przecież ludzie potrafią być silni. Wydaje mi się, że ja też potrafię, chociaż czasem mam wrażenie, że żyję w jakimś śnie, że zaraz się obudzę, Zaraz wszystko będzie jasne.

Niewiele w moim życiu jest tych jasnych momentów. Czasem mam uśmiech na twarzy, szczególnie w pracy wśród ludzi. Ja mam wrażenie, że to jest taki uśmiech, który trzymam w kieszeni i przyklejam sobie do twarzy, żeby wszyscy inni się ode mnie odczepili. Nie muszę się tłumaczyć, bo co ja im odpowiem, kiedy zapytają: czemu się nie uśmiechasz? Nikt nie chce słuchać, w sumie chyba sama nie chcę siebie słuchać.

Żyje się po to, żeby dojść do jakiegoś celu. Żyje się po to, żeby zrozumieć, co jest dobre, a co jest złe. Żyje się po to, potrafić zebrać się do kupy, gdy rozwalisz siebie na milion kawałków, będziesz potrafić dolać do tych kawałków jakiegoś kleju i zbudować siebie na nowo. Brak rodziców nie pomaga. Nigdy nikt nie był moim klejem, ani nie nauczył mnie, czym ten klej jest. Samotność jest trudna, w samotności ludzie potrafią dorosnąć, nawet jeśli nie potrafią zawiązać sznurówek w butach. Moja historia uczy, że człowiek potrafi żyć, potrafi zrobić wszystko, ale przychodzi taki moment, kiedy usiądzie i boi się obejrzeć za siebie, bo wie, że tam nie znajdzie pomocy.

Paulina Oleśkiewicz — kobieta nieszablonowa, szukająca swojej drogi i samej siebie. Zakładała firmy i je traciła, otarła się o wojsko, pracowała na budowie, cały czas największą przyjemność sprawiało jej słuchanie ludzi. I tak dotarła do miejsca, w którym jest teraz — realizuje się w life coachingu, ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Z powodzeniem pisze i nadal szuka.