Damosfera: Na swojej stronie piszesz, że w twórczości zwracasz się ku „człowiekowi, jego cielesności domagającej się spełnienia w rozkoszy i wiecznym święcie”. Czy mogłabyś rozwinąć tę myśl? Jak rozumiesz tę perspektywę dziś?
Olga Prokop-Miśniakiewicz: Dorastałam w czasach, gdy przyjemność była luksusem, do którego kobiety nie miały prawa. PRL uczył skromności, Kościół uczył wyrzeczenia, a dom uczył, że najpierw wszyscy inni. Po dekadach dźwigania cudzych oczekiwań odkryłam, że wolno mi chcieć, wolno mi brać, wolno czuć bez tłumaczenia się nikomu. Mam prawo do przyjemności.
Rozkosz interesuje mnie jako zjawisko wielowymiarowe – zarówno jako doznanie fizyczne, jak i intelektualne, i duchowe. Rozkosz jest tym intensywniejsza, im dłuższe oczekiwanie ją poprzedza. W czasie górskiej wspinaczki w upalny dzień, gdy spragnieni wreszcie docieramy do strumienia i pierwszy łyk wody wypełnia nam usta, rozkosz rozlewa się po całym ciele. Ale ten stan nie trwa długo, nie da się go przeciągać w nieskończoność. Po dwudziestym łyku mamy już dość. By ponownie doświadczyć rozkoszy, trzeba znów podjąć trud wędrówki – tej, która zrodzi pragnienie. Dlatego wieczna rozkosz jest niemożliwa, a żeby móc ją odczuwać, potrzebujemy przeciwwagi: oczekiwania, niespełnienia i braku.
Wspominasz również o duchowości „pragnącej postu i w poście szukającej spełnienia”. Czy napięcie między cielesnością a duchowością jest — Twoim zdaniem — istotnym wymiarem ludzkiego doświadczenia, który znajduje odbicie w sztuce?
Zdecydowanie tak. Wszystkie pragnienia i niespełnienia są najpiękniejszym darem, jaki niesie życie. Napawa mnie lękiem wizja świata, w którym wszystkie pragnienia zostają zaspokojone. Życie utraciłoby wówczas jakikolwiek sens.
Myślę o sobie jako o istocie cielesno-duchowej i udaje mi się utrzymywać równowagę między tymi dwoma wymiarami. Czas zabawy, wchłaniania nowych doświadczeń, otwarcia na wszystko, co z zewnątrz, przeplata się z czasem wyciszenia, otwarcia na to, co wewnątrz, przetwarzania i kreacji. Ta ciągła walka karnawału z postem stała się moim życiowym credo, rytuałem w procesie twórczym i w życiu.
Rzeźba wydaje się szczególnie ważnym medium w Twojej praktyce artystycznej. W jakich materiałach pracujesz najczęściej i co decyduje o ich wyborze?
Odkąd weszłam w świat rzeźby, zrozumiałam, że tu jest moje miejsce. Malarstwo dawało mi wiele pozytywnych doznań, ale zawsze gdzieś czaiła się blokada, która nie pozwalała mi mówić pełnym głosem. W rzeźbie łatwiej mi nadawać formę myślom. Zyskałam też szerszy arsenał narzędzi do wyrażania siebie. Dobór materiału jest jednym z nich i ma dla mnie coraz większe znaczenie. Pracując w glinie, mam tendencję do barokizowania formy, nadmiaru detali i gadulstwa. Pracując z tak przyjaznym materiałem łatwo zagubić cel i dać się ponieść własnej wirtuozerii, co przeważnie nie wychodzi rzeźbie na dobre. Próbowałam pracy z poliuretanem i był to spory krok ku upraszczaniu formy, jednak dopiero praca z kamieniem przyniosła mi satysfakcję – zarówno z fizycznego kontaktu z materią, jak i zmieniła myślenie o formie, oczyszczając ją ze zbędnych detali. Lubię eksperymentować, więc sięgam też po tkaninę lub papier. Czasem też powielam rzeźbę w różnych materiałach i przeważnie wynikają z tego różne znaczenia.
Obrazy z cyklu „Miejska neuroza”, zwłaszcza „Szkoła żon”, są niezwykle sugestywne. Jak układa się relacja między malarstwem a rzeźbą w Twojej twórczości? Czy traktujesz je jako odrębne języki, czy raczej jako dopełniające się formy wypowiedzi?
„Miejska neuroza” to dla mnie bardzo ważny etap twórczości. Ten cykl zaczęłam tworzyć zaraz po uzyskaniu dyplomu z rzeźby. Brakowało mi gruntu pod nogami, nie czułam jeszcze, że jestem rzeźbiarką. Poza tym rzeźba dyplomowa „Rozkosz” kosztowała mnie poważną kontuzję kręgosłupa i zapalenie wielu stawów. Wróciłam więc do pędzli i przez dwa lata tylko malowałam. Powstały wówczas dwa cykle: „Miejska Neuroza” i „Uosobienia”.
Bardzo cenię ten okres i te obrazy, ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że zaczynam zjadać własny ogon – nie wiedziałam, w którą stronę wykonać kolejny krok. Wtedy wróciłam do rzeźby i już wiedziałam dokładnie, dokąd zmierzam.
Nie wyrzuciłam pędzli i farb, jedynie odłożyłam je na bok – muszą poczekać na swój czas.
Miniatorstwo jest dziś rzadko spotykaną dziedziną. Jak zdefiniowałabyś tę praktykę i co jest w niej dla Ciebie najistotniejsze?
Miniatorstwo zjawiło się w moim życiu we właściwym momencie. Potrzebowałam jakiejś formy wyciszenia, skupienia, medytacji. W czasie ostatnich studiów zafascynowała mnie średniowieczna ikonografia z całym bogactwem symboliki, znaczeń zapisanym w przedmiotach, roślinach i zwierzętach. W tym czasie wpadła mi w ręce książka Orhana Pamuka „Nazywam się Czerwień” – wspaniała opowieść filozoficzno-historyczno-kryminalno-miłosna osadzona w środowisku stambulskich kopistów, którzy mają przygotować wspaniały manuskrypt dla sułtana. Powieść ukazywała też spór o to, czy kopista ma prawo do własnej inwencji i naznaczania miniatur piętnem indywidualizmu. Wybrałam stronę wiernego odwzorowywania i stosuje ją przy malowaniu miniatur. Takie podejście uwalnia umysł, oddając całą pracę sprawności rąk, podczas gdy myśli mogą płynąć swobodnie. I to jest dla mnie w kopiowaniu miniatur najistotniejsze.
Piszesz, że wykonując kopie miniatur, stosujesz techniki historyczne, zastępując pergamin papierem bawełnianym poddawanym odpowiedniej obróbce, a do podrysu używasz roślinnych atramentów i minii. Czy Twoje kopie są dostępne dla kolekcjonerów? Jak wygląda proces ich powstawania?
Tak, wykonuję miniatury na zamówienie. Są to głównie inicjały, znaki zodiaku lub wizerunki patronów. Korzystam ze zdigitalizowanych manuskryptów, które można pobrać ze zbiorów wielu bibliotek. Proces rozpoczynam od przewertowania setek stron i znalezienia miniatury, która mnie urzeknie. Następnie kopiuję ją w widoku lustrzanym na papier transmisyjny, po czym przenoszę na właściwy arkusz spreparowanego papieru bawełnianego. Kolejnym etapem jest przygotowanie podłoża pod złocenia, pokrycie złotem i wykonanie grawerunku lub puncowania, które wzmacniają efekt świecenia (iluminacji) miniatury. Każdy kolor nanoszę osobno, jednolicie i od razu na cały motyw. Na koniec wykonuję szrafowanie cieniujące i konturowanie. Potrzeba wielu godzin, dużej cierpliwości i pewnej ręki, by skopiować obrazek mierzący 10×10 cm.
Studiowałaś w Warszawie, Łodzi i Detroit, kończąc wszystkie uczelnie dyplomami. Jak dziś postrzegasz znaczenie akademickiego wykształcenia w drodze artystycznej? Co było w nim najcenniejsze?
Odpowiedź nie jest prosta, więc pozwolę sobie podzielić ją na dwie części. Studia, które kończyłam jako młoda osoba, w naturalnym cyklu nauki miały wagę kolejnych etapów edukacji i niewiele, poza tym, chociaż studia w USA otworzyły mnie na różnorodność kulturową i dały pewną swobodę językową.
Natomiast studia, które kończyłam jako osoba dojrzała, były prawdziwym katharsis. Czułam, jak zmieniam się pod wpływem realizacji kolejnych zadań, ćwiczeń i projektów. Dwa lata artystycznych studiów magisterskich uświadomiły mi przede wszystkim, że sztuka chociaż powstaje pod dotykiem ręki, to rodzi się w nienasyconym umyśle i wrażliwym sercu; że to robota intelektualna, a nie sprawność manualna. Te ostatnie studia wyzwoliły we mnie głód poszerzania horyzontu własnych możliwości.
Które z tych miast najmocniej wpłynęło na Twoją wrażliwość i sposób myślenia o sztuce? Czy różnice kulturowe odegrały istotną rolę w Twoim rozwoju?
Do Warszawy, Łodzi i Detroit dorzuciłabym jeszcze Nowy Jork i Bengazi. Po pierwszej klasie liceum wyjechałam do Libii i tam też zdawałam maturę. W Nowym Jorku pracowałam przez prawie rok jako opiekunka do dzieci i pomoc domowa. Myślę jednak, że żadna z tych geograficznych perturbacji nie miała bezpośredniego przełożenia na mój artystyczny rozwój, chociaż na mnie jako człowieka z pewnością tak. I może to się jakoś łączy.
Organizujesz wydarzenia artystyczne, piszesz o sztuce, prowadzisz autorską galerię. Która z tych aktywności daje Ci dziś najwięcej satysfakcji — i dlaczego?
Najwięcej satysfakcji daje mi bycie pomiędzy – tzw. równowaga dynamiczna. To zjawisko pokochałam, gdy tylko się o nim dowiedziałam, a było to chyba w podstawówce na kółku chemicznym. Doskonale odzwierciedla moje działania: aby zachować stabilność wewnętrznego układu, muszę być w ciągłym ruchu, oscylować między wieloma dziedzinami, nie skupiać się zbyt długo na jednej aktywności. Gdy wpadam w zbytnią stabilizację odczuwam dyskomfort i chwytam nowy pomysł, znajduję nowy cel. Wiem, że dla kariery i rozpoznawalności lepiej byłoby skupić się na jednym wątku, ale własny rozwój zawsze przedkładałam nad rozpoznawalność.
Uczysz malarstwa i rysunku. Z jakimi grupami pracujesz najczęściej? I czego — jako pedagog — uczysz się od swoich studentów?
Obecnie nie uczę – czekam, aż znów zatęsknię za tą formą obcowania z ludźmi. Nauczanie jest relacją wzajemną i sprawia mi ogromną przyjemność. Przekazywanie wiedzy i otwieranie czyjejś wrażliwości to ogromny wysiłek energetyczny, ale jednocześnie źródło inspiracji.
Uczyłam zarówno w domu kultury, jak i na wyższej uczelni. Spotykałam ludzi, którzy deklarowali jedynie chęć zapełnienia wolnego czasu jakąś aktywnością, jak i tych przekonanych o swoim wielkim talencie. Ci pierwsi często tworzą prace ciekawsze, świeższe i bliższe temu, co nazywamy sztuką. Wystarczy sprawić, by zapomnieli, że nie potrafią rysować czy malować, a uwalniają swoją wyobraźnię.
Od najmłodszych lat uczy się nas, że trawa jest zielona i chwali za ładnie narysowanego konika. W ten sposób zabija się kreatywność, przykłada nas do szablonu i odcina niepasujące elementy. Mamy też różnej maści internetowych guru od perfekcyjnie narysowanych portretów słynnego aktora i wielu ludziom wydaje się, że to właśnie jest wielka sztuka, a guru to wielki artysta.
Staram się przede wszystkim uczyć patrzenia i widzenia, uwolnienia od schematów i podejmowania ryzyka. Ucząc innych, udzielam pośrednio korekt sobie samej.
Mieszkasz i tworzysz zarówno w Warszawie, jak i na Mazurach. Czy zmiana otoczenia wpływa na Twój proces twórczy? Jeśli tak – w jaki sposób?
Pracownię na Mazurach mam od niedawna, a sam pomysł stworzenia tam drugiego miejsca pracy zrodził się w czasie pandemii. Przymusowa izolacja uświadomiła mi benefity pracy blisko natury i z dala od cywilizacji. Na razie staram się spędzać na Mazurach miesiące letnie, co powoduje pewne rozleniwienie twórcze i chyba większe skupienie na obserwowaniu, jak trawa rośnie.
Jako asystentka w pracowni rzeźby masz stały kontakt z młodymi artystami. Jak — Twoim zdaniem — zmienia się dziś język współczesnej rzeźby?
Obserwuję u młodych bardzo wyraźne rozdarcie między potrzebą zakorzenienia w tradycyjnym warsztacie a pociągiem ku nowym mediom i technologii. Pandemia zrobiła tu swoje – gdy pracownie fizycznie zamknęły drzwi, całe środowisko przeniosło się do Internetu i wiele osób odkryło wtedy, że o rzeźbie można myśleć inaczej: wirtualnie, procesualnie, bez materiału w dłoniach. Część z nich już do dawnego myślenia nie wróciła. Ale zauważam też pewien niepokój: gdy zbyt szybko sięga się po nowe narzędzia, zanim zdąży się przepracować relację z materią fizyczną – z kamieniem, gliną, ciężarem – forma bywa efektowna, lecz pozbawiona wewnętrznego napięcia. Myślę, że najciekawsze rzeczy dzieją się tam, gdzie te dwa światy nie wykluczają się, ale wchodzą ze sobą w dialog.
Czy jest coś, co chciałabyś dopowiedzieć o sobie lub o swojej sztuce — coś, o co rzadko się Cię pyta, a co uważasz za ważne?
Rzadko udzielam wywiadów, więc nie zastanawiałam się nad pytaniami, których mi nie zadano. Wiem natomiast, że największą wartością jest dla mnie to, że żyję i mogę każdego dnia nadawać znaczenie i wartość życiu własnemu i innych ludzi. A czy czynię to poprzez swoją sztukę, czy zupę ugotowaną dla rodziny, to zupełnie nie ma znaczenia.
Nad jakimi projektami obecnie pracujesz? Jakie cele artystyczne stawiasz sobie na najbliższe lata?
Odpowiadając na to pytanie, mogę domknąć wywiad solidną klamrą – rozpoczęłam właśnie pracę nad wizualizacją idei walki postu z karnawałem jako rytuału w procesie twórczym. To plan na najbliższe dwa, a może trzy lata i cel nadrzędny. Obecnie domykam różne rozpoczęte projekty, by móc skupić się na tym temacie w pełni.
Więcej o kulturze i sztuce znajdziecie tutaj.

















































