Narodziny nowojorskiej estetyki
Przełom lat 50. i 60. to pełne spódnice (idealne do tańczenia rock’n’rola), pastelowe kolory i sylwetką à la Christian Dior. „Śniadanie u Tiffany’ego” zaproponowało coś zupełnie innego: elegancję miejską, opartą na prostocie linii i precyzji wykonania. Holly Golightly nie była damą z wyższych sfer – była bystrą, nieco zagubioną dziewczyną próbującą zawojować Nowy Jork. I właśnie to napięcie między aspiracją a rzeczywistością stało się kluczem do jej stylu.
Film uchwycił podniecenie i blask wczesnych lat 60. w Nowym Jorku, wpłynął na kulturę popularną i modę oraz uczynił z Audrey Hepburn kinową (ale i pozaekranową) ikonę stylu. Nowojorska estetyka Holly – czarne suknie, trencz Burberry, pomarańczowy płaszcz Givenchy noszony ze skórzaną torebką i okularami przeciwsłonecznymi – to był portret nowoczesnej, niezależnej kobiety, która chodzi po wielkim mieście z podniesioną głową, zawsze wyglądając zjawiskowo, nawet przy braku funduszy.
Garderoba Holly stała się ikoniczna, ponieważ wszyscy zaangażowani w jej stworzenie –Hubert de Givenchy (prywatnie serdeczny przyjaciel Audrey jeszcze od czasów „Sabriny”), słynna kostiumografka Edith Head (która niechętnie projektowała dla Hepburn, uważając ją za niezgrabną i stawiając Grace Kelly za wzór doskonałości), Blake Edwards, a nawet sama Audrey Hepburn – rozumieli, że połączenie paryskiego stylu z wysokiej jakości elementami i własną osobowością aktorki jako nieuchwytnej, międzynarodowej piękności może sprawić, że widownia z 1961 roku zobaczy w Holly dziewczynę z naturalnym wyczuciem stylu i wykorzystującą ten styl w walce o swoje marzenia. To, co jest najbardziej charakterystycznym elementem ubioru Holly Golightly, to wrażenie, że dosłownie w parę minut można stać się elegancką dziewczyną gotową wyjść na ulice Manhattanu czy pojechać do Sing-Sing – jest w filmie scena doskonale to ukazująca.
„Śniadanie u Tiffany’ego” to także list miłosny do Nowego Jorku. Miasto stało się scenerią dla nowego języka mody: minimalistycznego, pewnego siebie, zbudowanego wokół kilku perfekcyjnie dobranych, powtarzanych elementów – tak jak Holly nosiła te same stroje z różnymi akcesoriami, żeby sprawiać wrażenie bogatszej garderoby niż ta rzeczywista.
Givenchy staje się legendą…
Na początku lat 60. dom mody Givenchy był już znany, ale nie dogonił jeszcze Diora czy Chanel. „Śniadanie u Tiffany’ego” miało to zmienić – głównie za sprawą długiej, wieczorowej sukni, którą Audrey/Holly ma na sobie w scenie otwierającej.
Audrey chciała, by Hubert de Givenchy projektował kostiumy do filmu Edwardsa. Wspomniałam, że aktorka i projektant przyjaźnili się od czasów „Sabriny” – komedii romantycznej z 1954 roku. Aktorka nazywała projektanta swoim „najlepszym przyjacielem”, podczas gdy on uważał ją za „siostrę”. Po „Sabrinie” Givenchy zaprojektował stroje dla Audrey do siedmiu kolejnych filmów bezpłatnie, a także stworzył większość jej prywatnej garderoby. „Za każdym razem, gdy gram w filmie, Givenchy mnie ubiera” – oświadczyła Audrey Blake’owi Edwardsowi, żądając, by zaangażował Huberta. Reżyser nie protestował.
Na potrzeby tego jednego filmu Givenchy stworzył kilka strojów, które weszły do kanonu mody: wspomnianą już kilkakrotnie ikoniczną czarną suknię z satyny, z wycięciem na plecach, czarną suknię z krepy de Chine z jedwabnym strzępionym rąbkiem, soczyście pomarańczowy płaszcz z wysokim kołnierzem, wzorzystą różową kreację, a wreszcie ikoniczny czarny kapelusz z szerokim rondem – Chapeau du Matin – ze zwiewną szyfonową szarfą.
Przyjaźń hollywoodzkiej gwiazdy i francuskiego projektanta to nie tylko istotny wątek w ich biografiach. Z tej relacji zrodził się styl, który przedefiniował standardy piękna.
Coco Chanel mogła być twórczynią małej czarnej, ale to Givenchy uczynił ją kultową. Hubert zaproponował kilka czarnych kreacji wieczorowych dla Audrey/Holly. W 2006 roku w domu aukcyjnym Christie’s w Londynie jedną z nich sprzedano za 467 200 funtów (około 923 187 dolarów), co uczyniło ją jednym z najdroższych elementów filmowej garderoby kiedykolwiek sprzedanych na aukcji. Środki trafiły na budowę szkoły dla ubogich w Kalkucie.
…a Audrey staje się ikoną stylu
Audrey Hepburn była aktorką z Oscarem na koncie (za „Rzymskie wakacje”), ale po „Śniadaniu u Tiffany’ego” stała się czymś więcej: wzorcem, do którego odwoływały się kobiety na całym świecie przy wyborze ubioru.
Jej fenomen jako ikony stylu nie wynikał z bogactwa garderoby. Wielokrotne pojawienie się tych samych strojów przez cały film ma pokazać, że choć Holly jest très chic, nie jest très bogata. To był strzał w dziesiątkę: Holly udowodniła, że elegancja nie jest kwestią ilości, lecz jakości i sposobu noszenia. Sama Hepburn podchodziła do ubioru niezwykle świadomie. To ona stała się inspiracją dla pierwszej damy, Jacqueline Kennedy. Nie odwrotnie.
Jeszcze nim trend „quiet luxury” zawładnął Internetem, Givenchy szył dla Hepburn minimalistyczne i ponadczasowe stroje. Wiele lat później gwiazdy takie jak Angelina Jolie i Victoria Beckham były widziane w podobnych stylizacjach, oddając hołd ikonicznemu wyglądowi Hepburn. Natalie Portman pojawiła się w jednej z oryginalnych sukni Givenchy na okładce „Harper’s Bazaar” w 2006 roku, a Ariana Grande wzięła udział w kampanii Givenchy na sezon jesień/zima 2019, odtwarzając ten legendarną stylizację.
Piękno tkwi w szczegółach
Kostium Holly Golightly to nie tylko suknie. To perfekcyjna symfonia detali, z których każdy odgrywał równie ważną rolę.
Legendarny naszyjnik składający się z pięciu sznurów pereł i dużej, brokatowej zawieszki w centrum, zaprojektowany został przez Rogera Scemamę – francuskiego jubilera, który często projektował biżuterię dla Givenchy. Holly nosiła go z kolczykami i małą tiara wpiętą we włosy. Później naszyjnik był często kopiowany, pojawiając się w droższych salonach jubilerskich lub za całkiem rozsądne pieniądze w mniejszych sklepach.
Z kolei zaprojektowane przez Olivera Goldsmitha oprawki z brązowego szylkretu stały się synonimem wizerunku zarówno Holly, jak i Audrey. Na prośbę Hepburn Oliver Goldsmith stworzył te okulary przeciwsłoneczne w 1960 roku. Po pojawieniu się w „Śniadaniu u Tiffany’ego” zostały nazwane „The Manhattan”. Dziś firma Oliver Goldsmith wciąż wytwarza ich repliki dla tych, którzy chcą poczuć odrobinę ducha Audrey.
Skoro mowa o dodatkach, trzeba wspomnieć o długich, czarnych rękawiczkach sięgających łokcia, zaprojektowanych przez Givenchy jako dodatek do głównej sukni. Wniosły one do zestawu wymiar paryskiej haute couture, podnosząc całość do rangi strojów wieczorowych par excellence.
Jeszcze torebki. Holly nosiła tę samą czarną torbę z aksamitu z zamknięciem na zatrzask przez cały film. Zaprojektowana – jakże by inaczej – przez Givenchy na kolekcję haute couture z jesieni 1960 roku, aksamitna torebka z zatrzaskiem i złotym okuciami jest kolejnym wielokrotnie powracającym elementem garderoby głównej bohaterki. Pojawia się także osobista torebka Audrey ze skóry aligatora, kupiona od Cartiera w 1961 roku.
A w czym Holly biegała po Manhattanie? Wybierała kitten heels – czółenka na niskim obcasie z szpiczastym noskiem. Buty te stały się wręcz wizytówką tamtej epoki. Na ekranie widzimy czarne alligatorowe kitten heels Rogera Viviera, czarne satynowe kitten heels sygnowane przez Givenchy i René Manciniego. W bardziej codziennych zestawieniach –proste czarne baleriny, uwielbiane przez samą Audrey. Jej stylizacja składająca się z prostych spodni, swetra z półgolfem i balerinek jest wyjątkowo aktualna.
Idea „effortless glamour”
Na długo przed tym, jak internet wynalazł terminy „no-makeup makeup” czy „off-duty model look”, Audrey Hepburn w roli Holly Golightly zaproponowała coś równie rewolucyjnego: ideę „effortless glamour” – glamouru bez wysiłku, elegancji sprawiającej wrażenie zupełnie naturalnej.
W świecie mody małe czarne sukienki można podzielić na BT i AT – „przed Tiffanym” i „po Tiffanym”. Kreacja Givenchy przedefiniowała LBD: pełne spódnice ustąpiły miejsca dopasowanym kolumnom, wycięcia przyniosły zmysłowość, a suknie pozbawione kokardek, falbanek i tiulu stały się wyznacznikami wieczorowej elegancji. Prostota, lekkość, wspomniane już parę minut przed lustrem. To dotyczy zarówno ubioru, jak i makijażu.
Givenchy i Hepburn pokazali, że luksus może być lekki, a elegancja – codzienna. Idea, że jeden dobry, ponadczasowy element garderoby jest warty więcej niż szafa pełna przeciętnych ubrań, stała się fundamentem nowoczesnej filozofii modowej. Przemyślany minimalizm – oto kwintesencja.
Scena, w której Holly siedzi na parapecie w szarej bluzie, dżinsach i z ręcznikiem zawiązanym w turban na głowie, śpiewając „Moon River”, jest może najpiękniejszym przykładem tej estetyki. Żadnej biżuterii, żadnych dodatków, a jednak jest w tym coś absolutnie niezapomnianego.
Dziedzictwo „Śniadania u Tiffany’ego”
Ponad sześćdziesiąt lat po premierze film nie przestaje rezonować w modzie. Przez lata projektanci tacy jak Alexander McQueen i John Galliano nawiązywali do prezentowanych na ekranie projektów Givenchy, dodając do nich własne akcenty.
Modowe dziedzictwo objawia się też w konkretnych decyzjach biznesowych: firma Tiffany & Co. uruchomiła w swojej flagowej restauracji Blue Box Cafe przy Piątej Alei – można rzeczywiście zjeść śniadanie w miejscu, które film rozsławił. Wewnątrz sklepu stworzono specjalną ekspozycję poświęconą dziełu Blake’a Edwardsa.
Besame Cosmetics odtworzyło kolor szminki Holly – „Holly Pink” – jako hołd dla ostatniej sceny filmu.
I choć historia mody to wiele ikonicznych kostiumów, żaden z nich nie przeniknął tak głęboko do popkultury i codziennego życia eleganckich kobiet. Mała czarna, perły, okulary z szylkretu i kitten heels to dziś ponadczasowe klasyki. A „Śniadanie u Tiffany’ego” to coś więcej niż historia miłosna – to klimat Nowego Jorku, marzenia o elegancji i kreowanie estetyki.
Więcej o modzie znajdziecie tutaj.



