Więcej...

    O literaturze i nowych początkach – rozmowa z Pauliną Matyńką, „akuszerką tekstów”

    Paulina Matyńka jest żywym dowodem na to, że do odważnych świat należy. A przynajmniej świat literatury. Po latach pracy na etacie, podjęła decyzję o zmianie ścieżki zawodowej. Z wykształcenia filolożka i socjolożka, z pasji – autorka powieści graficznych, z powołania – wnikliwa redaktorka merytoryczna i czuła opiekunka tekstów literackich. Jakie są jej plany, marzenia i jak może pomóc autorom książek?

    Magda Kosińska-Król: Rzuciłaś pracę, żeby zostać redaktorką – to odważna decyzja. Co sprawiło, że w pewnym momencie stwierdziłaś: „teraz albo nigdy”?

    Paulina Matyńka: Może odważna, ale nie była to gwałtowna decyzja, tylko coś, co dojrzewało we mnie od dobrych paru miesięcy. Rewizją tekstów zajmowałam się już od 2018 roku, pomagając znajomym autorkom i autorom w pracy nad ich utworami. Jakoś w okolicach jesieni 2025 zaczęło do mnie docierać, że to mógłby być sposób na życie, tym bardziej że zawsze lubiłam edytować.

    A pamiętasz ten konkretny moment, projekt albo tekst, który uświadomił Ci, że jednak nie praca na etat, a literatura to jest to?

    Tak, praca z Tobą nad „Antidotum. Historia amerykańskich seriali komediowych” w czerwcu 2023. Po doświadczeniach tego okresu inaczej spojrzałam na swoje przeszłe i późniejsze współprace z zaprzyjaźnionymi autorkami i autorami. Dotychczas praktycznie zawsze zakończone ich pozytywnym feedbackiem i obopólnym zadowoleniem z poprawy jakości tekstu. Zdałam sobie sprawę, że akurat moja wnikliwość i sugestie nie są czymś aż tak oczywistym na rynku wydawniczym. Wielu odbiorców, w tym także redaktorów, czyta wrażeniowo lub trzymając się tylko swojej specjalizacji, a ja do wrażeń mogę dołączyć jeszcze analizę i konkretne wskazówki: co, gdzie i jak zmienić, żeby uzyskać zamierzony efekt.

    Wiem, że nim zaczęłaś dawać konkretne sugestie redaktorskie, kilkakrotnie byłaś beta czytelniczką. Na czym polegało Twoje zadanie i co ci to dało?

    Najkrócej mówiąc: czytałam opowiadania, reportaże, powieści lub komiksy i się czepiałam lub zachwycałam, zostawiając obfite komentarze w pliku Word albo PDF. Następnie dyskutowałam z autorami, które wątki lub koncepcje warto pogłębić lub wyeksplorować.

    Moim zadaniem było zauważenie – w miarę możliwości – wszystkiego, co nie pasowało na poziomie konstrukcji i tempa historii oraz poprawności i rytmu języka. Nie do poziomu korekty (choć zdarzały się i takie współprace), ale wszelkie „kulawe” określenia, wszelakie „można by to ująć lepiej” i tak dalej. I, co istotne, uwagi te dotyczyły nie tylko określonych fragmentów i zdań, ale i całości, poszczególnych rozdziałów czy ogólnego wydźwięku tekstu.

    Bardzo ważne było też dla mnie osobiście zaznaczenie, co uważam za szczególnie udane, bo, po pierwsze, dawało to autorowi wiedzę o tym, co moim zdaniem robi wyjątkowo dobrze – dzięki czemu dostawał informację o mocnych stronach swojego rzemiosła, a po drugie było to zwyczajnie miłe i szczere – w końcu czytelnik, czytając już skończoną i wydaną książkę, nie tylko się marszczy, ale i zachwyca! Beta czytelnik ma ten przywilej, żeby przekazać swoje uwagi autorowi przed wydaniem, a autor ma możliwość z tych uwag skorzystać, zanim jego dzieło poleci do publikacji.

    To już były ewidentne redaktorskie ciągoty. Ale… Ty znasz literacki świat od wielu stron. Sama jesteś cenioną autorką powieści graficznych. Czego o rynku wydawniczym nauczyłaś się, tworząc „Literacką Agencję Detektywistyczną”?

    Jako autorka i wydawczyni współpracowałam z redaktorami i korektorami, nauczyłam się podstaw składu DTP, zarówno komiksu, jak i powieści ilustrowanej, rejestrowałam numery ISBN w Bibliotece Narodowej, koordynowałam proces wydawniczy z drukarnią i dystrybutorami. Tworzyłam noty promocyjne, opisy okładkowe, hasła promocyjne, planowałam komunikację i działania promocyjne w mediach społecznościowych. Współpracowałam też z twórcami treści literackich w mediach oraz influencerami książkowymi. I do dzisiaj jestem dumna, że mój debiutancki komiks „Odsłona” zdobył trzy nominacje do nagrody komiksu niezależnego „Złote Kurczaki” w kategoriach: scenariusz, debiut i komiks! Z czasem też zaangażowałam się we wspólne inicjatywy z innymi autorkami i autorami – stałam się dumną jedną trzecią triumwiratu artystycznego „SEMP” (https://sempcomics.carrd.co/) oraz współzałożycielką „Biura Podróży do Fantastycznych Światów” (https://fantastycznebiuro.carrd.co/). Całe to doświadczenie zamierzam zaprząc nie tylko do dalszego własnego rozwoju, ale także wspierania innych autorów jako redaktorka.

    A czy jako autorka, która staje się redaktorką, będziesz miała inne podejście do pisarzy?

    Możliwe, że będzie ono bardziej empatyczne, a jednocześnie wymagające, bo – słusznie niesłusznie – trochę myślę w kategoriach „czego sama chciałabym się dowiedzieć przed publikacją książki”. Nie wiem, czy to dobre podejście, bo autorzy są różni i mają różne potrzeby, ale powiem jak fachowiec z dowcipu, że u mnie (i przynajmniej na razie) to działa.

    Uważam, że tak długo, jak książka jest jeszcze niewydana, tak długo istnieje miejsce na feedback i sugestie, i że to jest ten okres, kiedy należy przekazać jak najwięcej pomocnych informacji autorowi.

    Jakie projekty wspominasz jako najbardziej wymagające?

    Z wydanych już publikacji chciałabym wymienić projekty komiksowe, które są o tyle wyjątkowe, że nie zawsze można łatwo je edytować, ze względu na już ukończone rysunki czy sfinalizowany układ kadrów. Wówczas trzeba kombinować z tym, jak można coś zmienić z obecnym rozłożeniem i wielkością dymków lub kolejnością scen.

    W tej kategorii jako ukończone projekty redaktorskie chcę wymienić: trzeci tom komiksu „Cwaniara” autorstwa Emilii „Emi de Clam” Marlewskiej, do którego wykonywałam korektę językową i stylistyczną, oraz tomy trzeci i czwarty serii „Dzieci Stwórcy” Piotra „Bichucka” Biczyńskiego. Ten ostatni projekt był partnerską współpracą redakcyjną z autorem, podczas której eksplorowaliśmy na przykład wątki bohaterów i świata przedstawionego, co było po prostu wspaniałe. Natomiast jeśli chodzi o mój najbardziej wymagający dotychczas projekt, to na razie mogę powiedzieć, że była to pewna piękna powieść z wyraźnym motywem ornitologicznym. Wyzwanie, a jednocześnie cudowność tej współpracy polegała na tym, że była to książka, nad którą miałam szansę pracować od samego początku, de facto od konspektu aż do finalnej wersji autorskiej. Było to wyjątkowe doświadczenie, których mam nadzieję w mojej pracy redaktorskiej mieć więcej. I mam też szczerą nadzieję zobaczyć ową powieść za jakiś czas w druku na mojej półce z książkami.

    Co cię zaskoczyło w pracy redaktorskiej, gdy zaczęłaś robić to „na poważnie”?

    Zaskoczyło mnie, że jednak inaczej sprawdza się tekst „obcej” osoby niż znajomej. Myślałam, że tekst to tekst, słowa i zdania nie znają granic, a jednak jest inaczej, może dlatego, że dla mnie niezwykle istotna jest relacja z człowiekiem i pewność, że dzielimy podobne intencje i podejście do tekstu. Gdy znam osobiście autora lub chociaż jego wcześniejszą twórczość, łatwiej mi empatycznie wyczuć granice, wiedzieć, co kogo niechcący nie zrani, jaki rodzaj informacji zwrotnej może być dla danej osoby szczególnie cenny. Ale zakładam, że jest to część mojego uczenia się i jestem bardzo ciekawa pracy z wieloma różnymi autorami i ich utworami.

    W Twojej ofercie uwagę zwraca słowo „struktura” – że właśnie na kwestii struktury tekstów chcesz się skupić. Czujesz, że właśnie w tym aspekcie autorzy potrzebują wsparcia?

    Myślę, że – ze względu czy to na presję czasową, czy niewiedzę lub delikatność czytającego – bywa to pomijany aspekt pracy nad tekstem. Na przykład beta czytelnicy czują, że „coś nie gra”, ale nie umieją tego nazwać i powiedzieć, jak to poprawić, a potem redaktor skupia się przede wszystkim na kwestii poprawności językowej. W efekcie tekst nie wykorzystuje swojego pełnego potencjału. Wtedy i autor, i czytelnik na tym tracą. Tymczasem zwykłe przestawienie akapitów może ulepszyć bieg opowieści. Albo poddanie w dyskusję znaczenia danego motywu w kontekście całości może nagle nadać ton całej kompozycji. Możliwe, że to przez wykształcenie filologiczne, a może to wyraz osobistych zainteresowań i gustu, ale lubię – wyjątkowo lubię, takich książek pragnę – kiedy każdy element utworu idealnie ze sobą współgra: styl, treść, fabuła, rytm zdań… Wzorem takiej doskonale skomponowanej literatury jest dla mnie, na przykład, „Lód” Jacka Dukaja. Kiedy każdy detal kompozycyjnie spina się z innymi i w efekcie powstaje całość, która jest więcej niż tylko sumą elementów – to jest to, co rozumiem pod pojęciem „struktury”.

    No właśnie. Jak odróżniasz redakcję, która pomaga autorowi, od takiej, która zaczyna „pisać za niego”?

    Z mojego punktu widzenia istnieją potencjalnie dwie główne przyczyny i jedna pochodzi od redaktora, a druga od autora. Ze strony redaktora, ryzyko powstaje, gdy pozwala on, żeby jego gust przejął kontrolę nad wsparciem i zaczyna dominować nad głosem twórcy tekstu. Nawet jeśli redaktor bywa akuszerem książki, to jednak nie jego dziecko! (śmiech) Ze strony autora, obawiam się, że przyczyną może być oczekiwanie, żeby redaktor przejął za niego przynajmniej część „brudnej roboty” w polerowaniu zdań czy konstrukcji utworu.

    Jednocześnie jestem zdania, że we wszystkim można się dogadać – czasami oparta wyłącznie na subiektywnym przecież guście uwaga redaktora może pomóc autorowi dostrzec nieoczekiwane możliwości we własnym tekście i zainspirować do eksploracji kierunku, o którym wcześniej nie pomyślał. Z kolei redaktor może przejąć ciężar edycji warstwy językowej, by dać autorowi możliwość skupienia się na koncepcji i treści. Jeśli obydwu stronom taki układ odpowiada, to nie jest to redakcja, która wchodzi w buty autora.

    Może to banał, ale wszystko jest kwestią wzajemnego szacunku: do siebie nawzajem i wzajemnej pracy.

    To pociągnijmy ten wątek. Jak wygląda idealna relacja między autorem a redaktorką – co oprócz wspomnianego szacunku musi zaistnieć, żeby ta współpraca dobrze działała?

    Idealna relacja moim zdaniem opiera się na zbieżności celów, to jest autor i redaktor są zgodni w kwestii tego, co chcą osiągnąć poprzez pracę nad tekstem. Jeśli autor marzy o napisaniu kolejnej sztampowej powieści ku uciesze gawiedzi, a redaktor śni o wiekopomnym dziele, to mamy tu zgrzyt. I lepiej, żeby poszukali sobie oni innych partnerów do współpracy.

    Jak przekazujesz konstruktywną krytykę? Czy to trudne?

    Przekazuję, co jest nieprawidłowe z punktu widzenia zasad języka polskiego lub angielskiego – w zależności od tego, w jakiej wersji sprawdzam tekst – oraz co mi subiektywnie nie pasuje i gdzie sugeruję poprawki. Jeśli nie mam pomysłu, jak można by dany fragment ulepszyć, ale nadal czuję, że „coś w nim zgrzyta”, wówczas proponuję autorowi przegadanie uwag, bo z doświadczenia wiem, że co dwie głowy, to nie jedna i czasem z samego faktu „odbijania pomysłów” – czyli autor głośno myśli, a redaktor oferuje swoje opinie i sugestie – wynikają koncepcje, po których autor z nowym zapałem zasiada do pracy. Jeśli zaś chodzi o trudność, to bywa… i tak, i nie. Tak, bo nie chcę nikogo zranić, a jednocześnie przekazać jak najbliższe neutralnemu odbiorcy wrażenia, co nie zawsze może być komfortowe dla autora. – I – nie, bo konstruktywna krytyka zawsze zawiera sugestie rozwoju i jest narzędziem uczenia się, zarówno dla twórcy tekstu, jak i dla redaktora.

    Załóżmy optymistycznie, że jest szacunek, jest zrozumienie i nie brak otwartości na konstruktywną krytykę – możesz działać. Jak wygląda twoja praca z manuskryptem?

     Zasiadam z herbatką przy komputerze i zagłębiam się w czytanie. I od razu zapisuję wrażenia, ażeby były „na świeżo” i mi nie uciekły z pamięci. Czasami wiem od razu, co i jak warto by zmienić, czasami nie – wówczas zaznaczam sobie takie miejsce w tekście, opatrzywszy je odpowiednim komentarzem, i wracam do niego później. Nie powstrzymuję się od zachwytów – te staram się zaznaczać od razu i z pełnią emocji. W końcu jak inaczej autor ma się dowiedzieć, jakie wrażenie wywiera jego utwór? (śmiech)

    Staram się też zwracać uwagę na manieryzmy i powtarzające się określenia – po edycji całości czasem liczę metodą Ctrl+F, ile razy w tekście powtarza się dane słowo lub fraza i wówczas sugeruję usunięcie niektórych powtórzeń lub proponuję alternatywy.

    Przed wysłaniem sprawdzonego manuskryptu do autora, przeglądam jeszcze raz wszystkie uwagi i redaguję samą siebie, gdyż zdarza mi się wpaść jeszcze na jakiś pomysł albo zmienić zdanie. Zdarza się też, że w wiadomości do autora piszę jeszcze ogólne podsumowanie: moje wrażenia, interpretacje, potencjał, który dostrzegam. I też, jak wspominałam wcześniej, jeśli jest na to wola i otwartość ze strony autora – po oddaniu uwag lubię „przegadać” niektóre komentarze, bo wychodzą z tego fajne pomysły i bywa też, że i dodatkowa motywacja do pisania. A ja naprawdę lubię pozytywnie motywować ludzi.

    Lubisz i umiesz. A powiedz, czy można dobrze zredagować tekst, którego się „nie czuje”, po który nie sięgnęłoby się dla własnej przyjemności?

    Tak, można. Nie wiem, czy jest to wymarzona redakcja – zarówno dla autora, jak i redaktora, natomiast na pewno nie ma przeciwskazań, żeby była merytorycznie i językowo poprawna. Oczywiście, że redaktorowi przyjemnie czyta się teksty, po które sięgnąłby również dla rozrywki, ale przecież istnieją utwory spoza naszej strefy komfortu, które także są warte poznania, prawda? Poza tym, nie oszukujmy się, nie tylko „przyjemne” teksty oczekują redakcji, a czytelnicy zasługują na jak najwyższej jakości tekst.

    Załóżmy, że będziesz mogła wybrać swoją przestrzeń. W jakim kierunku chciałabyś się rozwijać?

    Mam nadzieję zgłębić przede wszystkim powieści – w tym także te graficzne – które z zamierzenia mają być utworami dobrymi i przemyślanymi. Oczywiście, „dobre” to w tym przypadku pojęcie względne, ale ja mam na myśli przede wszystkim takie, których autorzy mają własną – choć niekoniecznie konkretną! – wizję tego, co chcą osiągnąć, i które są spójne pod względem formalnym, stylistycznym i koncepcyjnym. Interesuje mnie też praca z ambitnymi twórcami, czyli takimi, którzy dużo wymagają od siebie i chcą się rozwijać, niezależnie od posiadanych umiejętności i warsztatu. Natomiast tak długo, jak starczy mi czasu i weny, nie odmówię żadnemu manuskryptowi, pod którym potem nie miałabym oporów się podpisać jako redaktorka. Chcę się uczyć i nabierać nowych doświadczeń.

    Jesteś z wykształcenia filolożką. Myślałaś o tłumaczeniach lub o redakcji przekładów?

    Myślałam, ale powolutku, nie od razu Kraków zbudowano. Trochę przeraża mnie tempo, w jakim zdają się dziś pracować tłumacze i jak zdaje się to wpływać na jakość niektórych publikacji. Myślę, że kiedy będzie potrzeba tłumacza „pięknego”, a mniej wiernego, a ja będę gotowa na nowy krok w moim rozwoju i karierze, to wówczas otworzy się dla mnie i ta ścieżka.

    Czy w literaturze zagranicznej jest coś, co Cię urzeka i czego chciałabyś widzieć więcej w polskiej prozie? A może marzą Ci się jakieś zmiany w samej kulturze czytania?

    Szczerze mówiąc, na chwilę obecną to najbardziej chciałabym, żeby więcej dorosłych kobiet w Polsce czytało komiksy – coś, co jest standardem na przykład w Japonii czy we Francji, do nas jeszcze jakoś nie dotarło. Poszerzyłoby to trochę ofertę wydawniczą, pozwoliło zaistnieć nowym autorkom i autorom, wykwalifikowało kadrę redaktorską specjalizującą się w komunikacji nie tylko tekstowej, ale i wizualnej, zróżnicowało grono czytelnicze. Myślę, że z korzyścią dla wszystkich, także odbiorców poza Polską. Bo przecież możemy także i w tej dziedzinie eksportować wyjątkowe treści.

    Widzisz przyszłość dla redakcji w projektach multimedialnych – komiksach, powieściach wizualnych, treściach cyfrowych?

    TAK! Powiem więcej: w grach – cyfrowych i analogowych, instrukcjach, podcastach, transkrypcjach, nawet tekstach promocyjnych czy na opakowaniach. Sądzę, że to szalenie interesujące pole działań, szczególnie w tych „geekowych” projektach, gdzie pasja redaktora może dodać pikanterii jego pracy. Ogólnie uważam, gdziekolwiek istnieje praca z językiem, tam znajdzie się miejsce dla redakcji.

    Czego żaden algorytm nie zrobi za redaktora człowieka?

    Sądzę, że człowiek jest niezastąpiony, a co najmniej najmilej widziany, jeśli chodzi o warstwę symboliczną i niuans. Świadome błędy, nieoczywiste zbitki słów, i moje ulubione „to coś” – trudne do uchwycenia, a poruszające nas jako odbiorców. No i komunikacja. Zmęczenie i już teraz pojawiające się społecznie zniechęcenie „AI slop” pokazuje, że mimo banalizacji już chyba wszelkich możliwych treści, gdzieś tam jako odbiorcy jednak tęsknimy za człowiekiem, intencjonalnym przekazem, uwagą.

    To optymistyczne. A czy Twoim zdaniem redaktor na pewnym etapie ma już całą niezbędną wiedzę i wszelkie potrzebne narzędzia, czy musi cały czas się uczyć?

    Powinien się cały czas uczyć, nie tylko jako redaktor, ale przede wszystkim jako człowiek! Jestem zdania, że im bardziej będzie ciekawy i chłonny nowej wiedzy, tym skuteczniejszy – bo i rozszerza swoje pole działalności merytorycznej, i jest bardziej przygotowany do pomocy autorom. Natomiast, jak ze wszystkim, warto na start dobrze opanować i stale odświeżać sobie podstawy: poprawność językową, stylistyczną, zasady gramatyczne. I być blisko języka: czytać, słuchać, rozmawiać.

    Odważna decyzja o zmianie, parę ambitnych projektów redaktorskich za Tobą, a czego Ci życzyć na przyszłość?

    Interesujących utworów. Patrzę na to szeroko: tekstów, komiksów, innych wytworów kultury. Także przyjacielskich, wymagających autorów, którzy chcą publikować dobre, przemyślane dzieła. Marzy mi się wprowadzenie na rynek polski i światowy wielu wartościowych publikacji.

    Zatem tego Ci życzę.

    Wirtualna wizytówka: https://redakcja-matynka.carrd.co/

    Więcej o sylwetkach kobiet znajdziecie tutaj.

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY