Więcej...

    Światło, kamień i bliskość. O dziedzictwie Maleszewskiego – rozmowa z Edytą Romanowską

    Pracownia na Starym Mieście nie jest zwykłym miejscem. To przestrzeń, w której pozostało echo pracy rąk, skupienia i ciszy. To właśnie tu tworzył Zbigniew Maleszewski, rzeźbiarz o wyjątkowej wrażliwości, którego prace znajdują się także w Muzeum Rzeźby w Orońsku. Dziś opiekuje się tym miejscem Edyta Romanowska (są też inni: czyli Jacek Zwoniarski i Krzysztof Lang), która nie tylko strzeże jego dorobku, ale również pamięci o człowieku, jakim był. Nasza rozmowa to nie jest opowieść o rzeźbach i technikach. To próba dotknięcia tego, co niewidzialne, a jednak obecne w każdym fragmencie pracowni. O bliskości, twórczej energii i o tym, jak sztuka potrafi pozostać żywa długo po tym, gdy dłonie, które ją stworzyły, przestają pracować.

    Wspólna pamięć

    Katarzyna Krauss: Pamiętasz moment, kiedy pierwszy raz weszłaś do jego pracowni na Starym Mieście. Jakie uczucie wtedy się pojawiło?

    Edyta Romanowska: Tak, pamiętam ten moment wejścia do pracowni Zbyszka Maleszewskiego na Starym Mieście w Warszawie przy ul. Bugaj 15/17 – to było miejsce pełne rzeźb w kamieniu, wysokich na ponad 5 metrów regałów z książkami i bibliofilskimi zbiorami. Pojawiło się wtedy uczucie zdumienia i zachwytu, pomieszane z nutą nostalgii, jakbym przekraczała próg innego świata, gdzie sztuka, historia i życie splatają się w labirynt gabinetu osobliwości.

    Zbyszek poczęstował mnie winem z winogron rosnących na płocie patio – to było młode, domowe wino, podane w atmosferze gościnności, podczas rozmowy wśród rzeźb i historii artysty. Całe otoczenie, z galeriami plenerowymi rzeźb przed domem i zapachem dłuta, budowało poczucie intymnego spotkania z genius loci Starego Miasta.

    To uczucie zachwytu miało w sobie też element tajemnicy – pracownia jak skarbiec z zębem dinozaura, skórą pytona i oprawionymi projektami, kontrastowała z codziennością „spieszącej się” Warszawy.

    Co najbardziej poruszało Cię w sposobie tworzenia przez Zbigniewa?

    Najbardziej poruszył mnie sposób, w jaki Zbigniew traktował kamień – nie jak bierny materiał do realizacji z góry założonego projektu, lecz jak partnera w dialogu. Jego praca była procesem uważnego „szukania formy” w kamieniu, wymagającym ogromnej cierpliwości i pokory wobec materii. To, że rzeźbił często aż do granic możliwości fizycznych, w hałasie i pyle, pokazuje niezwykły etos pracy oparty na wytrwałości i pełnym zaangażowaniu ciała oraz umysłu.

    Szczególnie poruszający jest widok przed pracownią: niedokończona rzeźba, nad którą pracował do samego końca, obok tych już ukończonych – wygładzonych lub celowo pozostawionych ze śladami narzędzi. Widać w nich jednocześnie rzemiosło i pasję, precyzję i świadomość procesu, a także szacunek dla kamienia, jego struktury i pochodzenia. Fakt, że Zbyszek sięgał po lokalne kamienie narzutowe, „polne”, a nie tylko przygotowane bloki z kamieniołomów, dodatkowo podkreśla jego głęboką relację z materiałem i naturą. Ten długotrwały, trudny proces sprawia, że rzeźba w kamieniu w jego wykonaniu jawi się jako coś więcej niż technika – jako postawa życiowa i forma konsekwentnego, uczciwego bycia artystą.

    Jak opisałabyś jego wrażliwość. Co było w niej delikatne, a co mocne i kategoryczne?

    Wrażliwość Zbyszka Maleszewskiego można opisać jako rzadkie połączenie delikatności i wewnętrznej stanowczości. Był uważny na ludzi i świat – ciepły, otwarty, gościnny. Jego pracownia nie była zamkniętą twierdzą artysty, lecz żywą przestrzenią spotkań: każdego witał z otwartymi ramionami, z autentyczną ciekawością drugiego człowieka i gotowością do rozmowy.

    Jednocześnie ta wrażliwość nie oznaczała uległości. W swoich wyborach artystycznych Zbyszek był bezkompromisowy – wierny własnej intuicji i drodze twórczej. Potrafił słuchać, ale nie rezygnował z tego, co uznawał za prawdziwe i konieczne w sztuce. Potrzebował też samotności: ciszy i odosobnienia, zwłaszcza gdy pisał, by móc wejść głębiej w myśl i słowo.

    Ta podwójność – otwartość na innych i potrzeba bycia samemu, łagodność w relacjach i twarda konsekwencja w sztuce – tworzyła jego wyjątkową wrażliwość. Była to wrażliwość dojrzała, świadoma, oparta na uważności i uczciwości wobec siebie, materiału i świata.

    Innym przykładem jego sprawczości i niezłomności jest tajna drukarnia solidarności, którą podjął się prowadzić w piwnicy swojej pracowni. To przejaw ogromnego hartu ducha i odwagi.

    Duch twórczy i metoda pracy 

    Czy jego proces twórczy miał coś z rytuału, czy raczej był swobodny i intuicyjny?

    Proces twórczy Zbyszka miał w sobie elementy rytuału, ale nigdy nie był sztywny ani zamknięty w określonych ramach. Raczej wyrastał z powtarzalności pracy i długiego obcowania z materiałem niż z zaplanowanych gestów. Sam akt rzeźbienia – codzienny, wymagający czasu, siły i skupienia – nadawał jego działaniom rytmiczność, niemal medytacyjny charakter.

    Jednocześnie był to proces głęboko swobodny i intuicyjny. Zbyszek nie narzucał kamieniowi gotowej formy, lecz pozwalał jej stopniowo się ujawniać. Reagował na strukturę materiału, jego opór, pęknięcia i ciężar, podejmując decyzje w trakcie pracy. Ta intuicja nie była jednak przypadkowa – wynikała z doświadczenia, wiedzy i wieloletniej praktyki.

    Można więc powiedzieć, że jego twórczość balansowała między rytuałem a wolnością: z jednej strony zakorzeniona w powtarzalnym, fizycznym trudzie pracy, z drugiej – otwarta na improwizację, zmianę i dialog z kamieniem. To napięcie było jednym z najważniejszych źródeł siły jego sztuki.

    Warto dodać, że Zbyszek fascynował się filozofią i astronomią. Zachowało się sporo jego tekstów, takich jak „Dziennik umierającego Rzeźbiarza”, napisany w szpitalu w latach 80. XX w.  Paradoksalnie, Zbyszek po napisaniu tego dziennika żył jeszcze ponad 30 lat i był to najbardziej twórczy okres w jego życiu, powstało wtedy najwięcej jego dzieł. Przez wiele lat był też masonem, pozostając w równowadze pomiędzy wiarą w naukę i ludzki umysł a wartościami duchowymi. W pracowni można znaleźć odniesienia do wielu kultur i religii. Jest tu żydowska menora, obok posążku Buddy czy krucyfiksu.

    Ciekawym rysem osobowości Zbyszka było też zamiłowanie do kolekcjonowania w bardzo różnych dziedzinach. Jednak wszystkie one – od minerałów, przez zabytki paleontologiczne, archeologiczne aż do militariów czy kolekcji pieczęci, były wyrazem ciekawości świata, jak również bogactwa materiałów, faktur. Zbiory te były więc inspiracją do działań artystycznych czy intelektualnych – jak przebogaty księgozbiór.

    W pracowni mamy więc coś na kształt dwudziestowiecznej kunstkamery, unikatowego miejsca, w którym odwiedzający dziś pracownię zakochują się „od pierwszego wejrzenia”. 🙂

    Co działo się z nim, kiedy zaczynał pracować. Czy odcinał się od świata, czy potrzebował kontaktu, rozmów, ludzi wokół?

    Kiedy Zbyszek zaczynał pracować, w naturalny sposób przechodził w inny tryb bycia. Rzeźbienie w kamieniu wymagało od niego skupienia i fizycznego odcięcia się od świata – także z bardzo praktycznych powodów: hałas, pył i rytm uderzeń narzędzi nie pozostawiały przestrzeni na rozmowy. W tym sensie praca była momentem samotności i pełnej koncentracji, wejściem w intensywny dialog z materiałem.

    Jednocześnie Zbyszek nie był artystą odizolowanym. Od wiosny do jesieni rzeźbił w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, w czasie plenerów, które z natury rzeczy sprzyjały spotkaniom, rozmowom i wymianie myśli z innymi artystami. Ten kontakt był dla niego ważny – obecność ludzi, wspólnota pracy, rozmowy przed i po rzeźbieniu stanowiły istotne dopełnienie procesu twórczego.

    Można więc powiedzieć, że funkcjonował pomiędzy dwoma stanami: otwartością na ludzi i potrzebą bycia wśród nich oraz koniecznością odosobnienia w samym akcie tworzenia. Spotkania, rozmowy i energia plenerów były tłem, z którego się wyłaniał, ale gdy brał do ręki narzędzia, świat zewnętrzny cichł, a cała uwaga skupiała się na kamieniu. To napięcie między wspólnotą a samotnością było naturalną częścią jego sposobu pracy.

    Uwielbiał tez podróżować. Najbardziej spektakularna była podróż, którą odbył ze swoją żoną Aloszką. Po zrealizowaniu pomnika Gen. Pułaskiego w Denver – USA, odbyli długą podróż, którą można nazwać „podróżą dookoła świata”.  Ślady tych podróży można teraz oglądać w jego pracowni. Od zdjęć, slajdów, przez książki podróżnicze do artefaktów z całego świata.

    W jego rzeźbach jest dużo energii, pewnego napięcia i ciszy jednocześnie. Jak myślisz, skąd się brała ta równowaga?

    Ta równowaga brała się, moim zdaniem, z samego sposobu, w jaki Zbyszek był w świecie i w pracy. Energia w jego rzeźbach pochodziła z fizycznego wysiłku, z bezpośredniego starcia z kamieniem, z rytmu uderzeń, z decyzji podejmowanych w napięciu pomiędzy materią a wolą artysty. To jest energia ciała, pracy, czasu – realna i odczuwalna.

    Jednocześnie cisza wynikała z jego wewnętrznej postawy: z umiejętności skupienia, uważności i zgody na powolność procesu. Zbyszek potrafił się zatrzymać, słuchać kamienia, zostawić formę niedopowiedzianą. Świadomie nie wygładzał wszystkiego do końca, pozostawiał ślady narzędzi, jakby zamrażał moment pracy – dzięki temu napięcie nie znikało, ale nie przeradzało się w chaos.

    Jakie uczucia według Ciebie najczęściej towarzyszyły mu podczas tworzenia?

    Podczas tworzenia najczęściej towarzyszyła mu głęboka radość – spokojna, ale intensywna, co potwierdzają też inni rzeźbiarze, z którymi spotykał się w Orońsku. Rzeźbienie nie było dla niego ciężką pracą ani obowiązkiem, lecz formą spełnienia, nagrodą samą w sobie. Nawet fizyczny trud, hałas i długotrwałość procesu nie były odczuwane jako zmęczenie, lecz jako naturalna część bycia w twórczym stanie.

    Towarzyszyło mu też poczucie sensu i zanurzenia w procesie: pełne skupienie, w którym czas tracił znaczenie. To był stan bliski przepływowi – gdy ciało i myśl pracują razem, a kontakt z kamieniem daje satysfakcję i wewnętrzny spokój. Radość tworzenia łączyła się u niego z ciekawością, uważnością i poczuciem wolności, dlatego praca nie wyczerpywała go, lecz wzmacniała.

    Myślę, że właśnie ta radość i wewnętrzna zgoda na proces są wyczuwalne w jego rzeźbach – mimo ich napięcia i energii emanują one ciszą i równowagą, jakby powstały nie z przymusu, lecz z potrzeby i przyjemności tworzenia.

    Czy był dla siebie surowy? Czy łatwo było mu uznać dzieło za ukończone?

    Zbyszek Maleszewski nie był wobec siebie surowy w sensie narzucania presji czy rygorystycznych ocen. Tworzył naturalnie, niemal organicznie – tak jak oddychał – z radości życia i potrzeby bycia w procesie. Praca nie była dla niego walką z samym sobą, lecz uważnym podążaniem za formą, która stopniowo się ujawniała.

    Uznanie rzeźby za ukończoną nie wynikało z mechanicznego domknięcia etapu, lecz z wewnętrznego poczucia, że forma „jest już na swoim miejscu”. Doprowadzał rzeźby do kształtu, który mu odpowiadał: szlifował je, polerował, polewał wodą, by zobaczyć kamień w pełni – jego kolor, strukturę, światło. To był moment sprawdzenia relacji z materiałem, a nie technicznej kontroli.

    Istotne jest też to, że nie wycinał formy mechanicznie. Kształt rodził się w bezpośredniej pracy dłutem, w rytmie ręki i oka, w dialogu z kamieniem. Dlatego decyzja o zakończeniu pracy była intuicyjna, spokojna i pozbawiona przymusu. Nie chodziło o perfekcję dla niej samej, lecz o zgodę na formę – o moment, w którym rzeźba przestawała domagać się dalszej ingerencji.

    Czy miał dzieło, które szczególnie go poruszało lub trudziło emocjonalnie?

    Na początku swojej drogi twórczej szczególnie silnie poruszała go twórczość Henry’ego Moore’a. Ten zachwyt był dla Zbyszka ważnym punktem wyjścia – źródłem inspiracji i impulsem do myślenia o rzeźbie w sposób bardziej abstrakcyjny, syntetyczny, oparty na bryle, napięciu i relacji formy z przestrzenią. Prace Moore’a były mu bliskie emocjonalnie, bo otwierały przed nim nowe możliwości rozumienia rzeźby, a nie dlatego, że chciał je naśladować dosłownie.

    Z czasem jednak ten wpływ nie stał się ciężarem ani ograniczeniem. Przeciwnie – pozwolił mu wypracować własny język i własną wrażliwość. Można powiedzieć, że emocjonalnym wyzwaniem nie było jedno konkretne dzieło, lecz sam proces dojrzewania artystycznego: przejście od fascynacji mistrzem do pełnej samodzielności twórczej. Ten moment oddzielania się od inspiracji i budowania własnego stylu był wymagający, ale też twórczo wyzwalający i miał ogromny wpływ na jego abstrakcyjne myślenie o rzeźbie.

    Rzeźba w przestrzeni publicznej – wpływ na odbiorcę

    Rzeźba, szczególnie ta stojąca w przestrzeni miasta, żyje razem z ludźmi, zmienia się z porami roku, ze światłem. Jak Zbigniew patrzył na swoje prace wystawione na widok publiczny?

    Galeria Plenerowa rzeźb – wyjątkowe na skalę Warszawy miejsce, skupiające w przestrzeni publicznej ponad 30 prac artysty zostało zaprojektowane przez Zbyszka tak, żeby razem oddziaływać na siebie tworząc niepowtarzalną instalację rzeźbiarską. Tu warto wspomnieć o tym, że galeria powstała w czasie, kiedy Zbyszek otrzymał od ówczesnego ministra kultury najwyższe odznaczenie państwowe za zasługi na rzecz kultury i sztuki – Złoty medal  „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

    Czy zależało mu, aby rzeźba „poruszała” przechodnia, czy raczej, żeby była częścią pejzażu, którą każdy może odnaleźć na własnych warunkach? 

    Warto też podkreślić jak dużą rolę w życiu artystycznym Zbyszka odegrało Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku. Tu powstało większość jego rzeźb plenerowych, części z nich do dziś znajduje się tam – w parku rzeźby. Tam właśnie można podziwiać jak pięknie wpisują się one w krajobraz.

    Gdy dziś widzisz jego dzieła w Orońsku lub na Starym Mieście, co czujesz? Czy masz wrażenie, że on jest tam nadal obecny?

    Gdy dziś widzę jego dzieła w Orońsku czy na Starym Mieście, towarzyszy mi nie tylko osobiste wzruszenie, ale też silne poczucie, że Zbyszek jest w tych miejscach nadal obecny jako artysta o ugruntowanej pozycji. Mam wrażenie, że na stałe wszedł w kanon polskiej rzeźby – jego prace naturalnie sytuują się obok dzieł najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy powojennych, takich jak Józef Szajna, Zbigniew Frączkiewicz, Adolf Ryszka, Kazimierz Zemła, Alina Szapocznikow, Jerzy Jarnuszkiewicz czy Magdalena Więcek. Nie jako echo ich twórczości, lecz jako równorzędny, wyrazisty głos.

    Szczególnie ważne jest dla mnie to, że jego obecność nie ogranicza się do historii czy archiwum. Rzeźby Zbyszka nadal żyją w przestrzeni publicznej – czego dowodem są zrealizowane w ostatnich latach przez naszą fundację odlewy, które znalazły swoje miejsce m.in. w Fabryce Norblina w Warszawie oraz w parku przed zespołem szkół w Warce. Fakt, że zostały wyłonione w drodze konkursów organizowanych przez Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, konkursów nagradzających prace najbardziej aktualne i znaczące, potwierdza ich ponadczasowy charakter.

    Dlatego mam poczucie, że Zbyszek jest nadal obecny – nie tylko emocjonalnie czy symbolicznie, ale realnie, poprzez formy, które wciąż są czytane, wybierane i doceniane przez współczesnych kuratorów i odbiorców. Jego rzeźby nie są śladem przeszłości, lecz żywą częścią dzisiejszego pejzażu rzeźby w Polsce.

    Pracownia jako miejsce pamięci

    Pracownia jest jak zatrzymany oddech twórcy. Jak dbasz o jej atmosferę, żeby pozostała żywa, a nie muzealna? 

    Od samego początku zależało nam na tym, by pracownia nie stała się martwą ekspozycją, lecz nadal była miejscem żywym – takim, jakim była za życia Zbyszka. Dlatego niedługo po jego śmierci przeprowadziliśmy badania społeczne, by uchwycić atmosferę tego miejsca i zapisać odczucia osób, które je odwiedzały, gdy artysta jeszcze w nim pracował. Chodziło nie tylko o przestrzeń, ale o relacje, emocje i sposób bycia, który wokół Zbyszka naturalnie się wytwarzał.

    Wyniki tych badań stały się dla nas punktem odniesienia w dalszych działaniach. Dzięki nim staramy się zachować klimat otwartości, uważności i bliskości, jaki panował w pracowni – dbając o to, by była miejscem spotkań, rozmów i pracy, a nie tylko oglądania obiektów. Pracownia funkcjonuje więc w relacji ze środowiskiem, które zawsze było wokół Zbyszka obecne: artystami, przyjaciółmi, odbiorcami jego sztuki.

    Dbając o atmosferę tego miejsca, traktujemy je jak „zatrzymany oddech twórcy”, który nadal krąży w przestrzeni. Nie rekonstruujemy jej sztucznie, lecz pozwalamy, by żyła poprzez kontakt z ludźmi, współczesne działania i ciągłość relacji. Dzięki temu pracownia pozostaje przestrzenią obecności, a nie wyłącznie pamięci.

    Co według Ciebie ludzie powinni poczuć, gdy wchodzą do tego miejsca?

    Kiedy ludzie wchodzą do pracowni Zbyszka, mogą doświadczać różnych uczuć – często odczuwamy tu spokój, koncentrację i ciszę, która jednocześnie jest pełna napięcia i energii. Niektórzy czują zachwyt nad materiałem i formą, inni poruszają się w przestrzeni z ciekawością, obserwując niedokończone rzeźby, ślady dłuta i narzędzi. Wiele osób mówi też o poczuciu bliskości artysty, jego obecności w tym miejscu oraz o inspiracji, jaką daje kontakt z procesem twórczym.

    Oczywiście nie możemy mówić ludziom, co powinni czuć – każdy odbiera pracownię indywidualnie. Możemy jedynie obserwować reakcje, słuchać, co odwiedzający mówią o swoich wrażeniach i jakie emocje im towarzyszą. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć, jak przestrzeń żyje w kontakcie z ludźmi i jak nadal przekazuje energię i atmosferę, którą tworzył Zbyszek.

    Czy są w pracowni przedmioty, które mają dla Ciebie szczególną moc albo historię?

    Myślę, że ciekawą historię ma jedna z wcześniejszych prac Zbyszka, wykonana jeszcze podczas studiów na ASP – portret rzeźbiarski jego siostry, jedyna zachowana rzeźba artysty w nurcie realizmu.

    Zaginęła ona na prawie 40 lat, odnalazła się na wystawie BWA w Warszawie. Po jej odzyskaniu powstały dwa odlewy tej rzeźby w brązie, znajdujące się obecnie również w pracowni.

    Twoja rola jako opiekunki i świadka

    Jak zmieniła Cię opieka nad jego dorobkiem? 

    Opieka nad pracownią Zbyszka zmieniła mnie – zarówno jako twórcę, jak i człowieka. Obcowanie z jego rzeźbami i codziennym miejscem pracy nauczyło mnie cierpliwości, uważności i szacunku dla materiału, a przede wszystkim pokazało, jak ważna jest radość z samego procesu tworzenia. Patrząc na to, jak Zbyszek podchodził do kamienia – z wyczuciem, energią, ale też spokojem – przenoszę te wartości na własną pracę malarską.

    Pracownia stała się dla mnie źródłem inspiracji nie tylko wizualnej, ale i duchowej. Obserwuję, jak forma i przestrzeń współgrają ze sobą, jak ślady pracy i energia artysty są zaklęte w rzeźbach – i czerpię z tego pomysły do swoich obrazów, do eksperymentów z formą, kolorem i kompozycją. Jednocześnie opieka nad tym miejscem rozwija moją wrażliwość na obecność artysty, historię miejsca i relacje z ludźmi, którzy je odwiedzają, co wpływa na mój sposób patrzenia na sztukę i proces twórczy.

    Dzięki temu uczę się harmonii między twórczą pasją a szacunkiem dla materiału i przestrzeni. Pracownia daje mi poczucie ciągłości dialogu ze Zbyszkiem.

    Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w byciu strażniczką tej spuścizny, a co jest najpiękniejsze?

    Działamy tu jako zespół naszej fundacji. Nie mam poczucia, że jesteśmy strażnikami – więc o tyle łatwiej, że można robić różne rzeczy, które każdemu z nas sprawiają przyjemność – np. ja organizuję sesje wizerunkowe aktorów, plany filmowe, zajmuję się kwestiami formalnymi, Jacek Zwoniarski – wystawia rzeźby, Stefan Rutkowski – prowadzi warsztaty fotograficzne, Krzysztof Lang  przygotowuje i realizuje granty miejskie.

    Czy masz poczucie, że w pewien sposób kontynuujesz jego pracę, nie w sensie artystycznym, ale duchowym?

    Tak, staramy się, aby duch Zbyszka był obecny w pracowni. Tam się praktycznie nic nie zmieniło od czasów, kiedy Zbyszek tam mieszkał i tworzył. Natomiast artystycznie kontynuatorem pracy Zbyszka jest Jacek Zwoniarski, który był uczniem Zbyszka. Jacek poznał Zbyszka, kiedy miał 13 lat i od tamtego czasu był zapatrzony w swojego Mistrza, a później – przyjaciela.

    Poprzez opiekę nad pracownią, troskę o jej atmosferę i relacje, które wokół niej nadal się budują, mam wrażenie, że ta energia nie została przerwana. To jest kontynuacja jego otwartości, gotowości do spotkania, a jednocześnie zgody na ciszę i skupienie. W tym sensie jego praca trwa – nie jako zamknięte dzieło, ale jako postawa wobec sztuki i życia.

    Jak wyobrażasz sobie przyszłość pracowni i tego dziedzictwa?

    Obecnie, dzięki wielu ciekawym wydarzeniom i aktywnościom realizowanym przez naszą fundację – to miejsce żyje, jest odwiedzane oraz coraz bardziej rozpoznawalne na mapie kulturalnej stolicy.

    Przykładem takich działań jest chociażby film dokumentalny o życiu i twórczości Zbyszka i pokolenia powojennych twórców – zrealizowany przez naszą fundację ze środków m.st. Warszawy. Jego premiera w Auli ASP w Warszawie przyciągnęła sporą publiczność. Pracownię ożywiają pokazy mody, sesje wizerunkowe, prelekcje, koncerty.

    Myślę, że to dobry kierunek. 🙂

    Więcej o kulturze i sztuce znajdziecie tutaj.

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY