Matera – domy zbudowane na skale

Matera – domy zbudowane na skale

Dzisiaj widzimy tłumy turystów, rzeźby Salvadora Dali, eleganckie kreacje dam i gentlemanów. Najwytworniejsi nie są turystami. Dawne groty są przekształcane w rezydencje i wykwintne restauracje. Teraz  jest modne mieć lokum w Materze.

audio-thumbnail
Matera 2
0:00
/22:18

Zakochał się w niej Mel Gibson, to właśnie tu był realizowany film "Pasja", także ostatni James Bond nieźle tu rozrabiał i najciekawsze sceny filmowych pościgów właśnie odbywają się na tle starówki – Sassi di Matera. Aktualnie korzystają z tych uroków setki tysięcy turystów, którzy tłumnie pojawiają się w tym mieście. Czy w czasie tak wielkiej popularności miasto zachowało swój naturalny styl i piękno? Czy też stanowi turystyczną atrakcję, którą trzeba zaliczyć, zrobić zdjęcie i pojechać dalej?

Dzisiaj w centrum widzimy piękne, drogie butiki i pracownie włoskich projektantów, jakich nie powstydziłby się Mediolan. Chciałem tam kupić spinkę do włosów dla żony, ale kosztowała 100 €, więc stwierdziłem, że może następnym razem… To wszystko obok starego Sassi di Matera, które… jest najstarszą osadą w Europie i prawdopodobnie drugą najstarszą osadą na świecie! Już dziewięć tysięcy lat temu ludzie zamieszkiwali groty na zboczu wąwozu rzeki Gravina. W podobnych warunkach ludzie żyli tam dwa tysiące, tysiąc lat temu, ale i siedemdziesiąt lat temu! Owszem, zdobione imitacjami osiemnastowiecznych fasad, ale wnętrze nie różniło się w niczym. W załączonym podcaście usłyszycie fragment wstrząsającego opisu miasta z powieści Carlo Levi „Chrystus zatrzymał się w Eboli”. Także w czasach, które znamy z własnego dzieciństwa, czy z relacji naszych bliskich za tzw. „komuny”, kiedy niby „polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”, a dzieci jadały chlebek masłem i z cukrem, bawiąc się często w ruinach nieodbudowanych jeszcze domów, w Materze na tzw. zachodzie w wilgotnych i ciemnych norach żyło ( i chorowało) tysiące ludzi. Proszę sobie wyobrazić śmiertelność dzieci na poziomie 50%, dziewięćdziesięcioprocentowy analfabetyzm (tak, to nie jest pomyłka…). Włosi nie chcieli mówić o Materze, to było czułe miejsce tego państwa, Syberia Italii. Miejsce zesłania i adres, do którego wstyd było się przyznać. Na YouTube są dostępne filmy dokumentalne z tamtego czasu. Czarno-białe ponure kadry, które pokazują jakość życia mieszkańców, ich twarze… Wstrząsające obrazy.

Dzisiaj widzimy tłumy turystów, rzeźby Salvadora Dali, eleganckie kreacje dam i gentlemanów. Najwytworniejsi nie są turystami. Dawne groty są przekształcane w rezydencje i wykwintne restauracje. Teraz  jest modne mieć lokum w Materze. Kontrast między historią miasta i ubóstwem, którego doświadczyli dawni mieszkańcy, a dzisiejszym ostentacyjnym bogactwem nowoprzybyłych – był dla mnie dojmujący.

W mieście bywa bardzo gorąco, chcąc się napić, musimy płacić w drogich kawiarniach. Na terenie Sassi nie widziałem sklepu spożywczego, ewentualnie powyżej na placu ukryty za arkadami automat z napojami, oczywiście nieoznaczony z zewnątrz. Wybierając się do nowej części miasta, do tańszej kawiarni, restauracji, nie do końca tam się czuliśmy mile widzianymi gośćmi. Miasto niewątpliwie korzysta finansowo z ruchu turystycznego, jednak odczułem pewną dysproporcją między ofertą a ceną. We Florencji czy Wenecji – jestem bardziej skłonny zaakceptować pewne niedogodności finansowe, wiąże się to z pewną kulturą gościnności, kulturą obsługi, relacji z gośćmi. W Materze jest inaczej, bardziej dosłownie i bezceremonialnie. Odczułem to, kiedy odebraliśmy klucze do mieszkania i się okazało, że ten apartament to jest 1/3 tego, co mieliśmy w umowie. Oczywiście właścicielka niestrudzenie do końca naszego pobytu próbowała nam wykazać, że to jest naprawdę wszystko, co mogła zaoferować. Sama zajmowała pokój z balkonem, który miał być elementem naszego mieszkania. Rekompensowało nam to możliwość jedzenia śniadania na pięknym tarasie od strony podwórza i zasadniczo nie cierpieliśmy tam jakiegoś niedostatku czy trudności, ale jednak płaciliśmy za całe mieszkanie. To pokazuje sposób podejścia do turystów. Kiedy wysłałem do departamentu turystyki regionu Bazylikata pytania związane z transportem czy z ruchem turystycznym – nie dostałem żadnej odpowiedzi. W innych regionach Włoch to inaczej wygląda, tutaj zaangażowanie jest naprawdę małe.

Czy więc warto przyjeżdżać? Oczywiście, że warto. Spacer uliczkami kamiennego miasta jest czymś bezcennym. Można odwiedzać za kilka euro tradycyjne domostwa wydrążone w skale. W skałach wykuwano także obiekty kultu, znajdziemy tu około stu kościołów i kaplic. Najbardziej znaną z nich jest Chiesa di Santa Maria di Idris,. XII wieczna katedra, częściowo wykuta w zboczu wapiennego klifu. Tutaj spojrzenie w dół, na dno ogromnego i imponującego wąwozu rzeki Gravina – przyprawia o dreszcze. Gdyby nie było Matery, dla mnie satysfakcją byłoby zobaczyć sam wąwóz i zejść zboczem w dół, między skały. Szlak dostępny od strony miasta zaczyna się schodami, które się kończą po kilkudziesięciu stopniach, potem zaczyna się ścieżka, która jest w zasadzie dzikim i stromym zejściem. Po deszczu i w laczkach raczej bym tu się nie wybierał… W zależności od kondycji i doświadczenia w chodzeniu po górach, zejście będzie łatwe albo trudne, ale warto to zrobić. Dreszczyku emocji dostarczy nam też most tybetański łączący dwa zbocza. Fajnie buja i rezonuje pod nogami. Po drugiej stronie można zwiedzać starożytne groty, idąc coraz dalej szlakiem Parco della Murgia Materana, dalej dojść do pięknej, na wpół opuszczonej „małej Matery” – miejscowości Montescaglioso.

A sama Matera – jaka jest? Bardzo trudno jest to wyrazić… Każda z Was, każdy z Was odbierze ją zupełnie inaczej. Dla jednego będzie absolutnie piękna, dla innego – czymś niepokojącym, brzydkim wręcz odpychającym. Ktoś powie: Słuchaj, tam wieczorem chodzić jest niebezpiecznie, młodzież jakieś narkotyki sprzedaje, jakaś prostytucja chyba tam się odbywa. Ktoś będzie zafascynowany spotkaniem z miłym, starszym mieszkańcem, który mu sprzedał historie o pasterzach, którzy tam żyli, (przy okazji sprzedał taką pasterską piszczałkę i wiele jeszcze innych rzeczy), po czym pokazał wspaniałe miejsce, gdzie można dobrze zjeść.

Dla mnie wizyta w tym mieście była wstępem, inicjacją w zwiedzaniu mało znanego i trochę pomijanego turystyce regionu. Wiele osób chętnie odwiedza wybrzeże pobliskiej Apulii, gdzie w szczycie sezonu polski język słyszy się częściej niż włoski i jest tam dostępnych dosyć dużo tanich lotów. Jednak Matera, choć tak blisko, nie leży w Apulii, tylko w Bazylikacie – regionie ciągle jeszcze mniej zasobnym, nie wiem, czy nie najuboższym w Italii. Nie jest łatwo – utrudnienia komunikacyjnie (ze względu na ukształtowanie krajobrazu), skromną bazę noclegową i pewną pozorną szorstkość rekompensują niesamowite ukształtowanie terenu (trochę jak wczasy na Marsie), otwarte wieczorami drzwi domów, życie toczące się na ulicy, bezpretensjonalność mieszkańców. Spotkane w pociągu dwie babcie cały czas komplementowały moją córkę: Bella ragazza, bella ragazza…

Polecam Materę, ale proszę: Wybierzcie się dalej. Weźcie jeszcze więcej! Warto odwiedzać mniejsze miasteczka i być często jedynym turystą, mało tego – w ogóle być jedynym człowiekiem w okolicy. Na przykład w Craco – bywają zorganizowane wycieczki i przypadkowi turyści, ale to jest miasteczko w odróżnieniu od zrewitalizowanej Matery zupełnie opuszczone. Można wejść do zrujnowanego kościoła albo oglądać puste, niezamieszkałe domy.

Regiony Apulia i Bazyliką jakby się przenikają, bywają bliźniaczo podobne jak w déjà vu, jak cząsteczki w splątaniu kwantowym. Przejeżdżając pociągiem z Bari do Taranto (tak, tarantule są właśnie tutaj) zobaczyłem przez okno bardzo podobny przyrodniczo i krajobrazowo wąwóz co w Materze. Byłem pod ogromnym wrażeniem, że istnieje taki drugi! Sam Trent jest bardzo interesujący. Zwłaszcza stare, apulijskie, barokowe zabudowania bardzo zdewastowane (trochę jak w Hawanie) i na ogół opuszczone – robią piorunujące wrażenie. Wracając stamtąd, nie oparłem się pokusie i wysiadłem na stacji Castellaneta i idąc w otoczeniu sielskiego krajobrazu okolicznych pól, odszukałem rzeczony wąwóz. Schodziłem jego zboczem piękną, bardzo dobrze przygotowaną, szeroką drogą i czułem się bezgranicznie szczęśliwy. Tak jakby to całe surowe piękno na chwile było moje. Wyobraźcie sobie, podczas całego tego spaceru (który trwał ponad trzy godziny) nie spotkałem ani jednej osoby (i ani jednej tarantuli). Idąc w jedną stronę i wracając, byłem zupełnie sam. Dopiero na stacji kolejowej dostrzegłem człowieka, który – tak jak ja – czekał na pociąg… Godzinę drogi podmiejskim pociągiem od zatłoczonego Bari znajdziecie miejsce, gdzie można wędrować, być blisko przyrody, podziwiać niesamowite formy skalne i doświadczać odpoczynku w bliskich relacjach z naturą, z przyrodą – w samotności.

Wracając do Matery… Prawda jest taka, że jest tylko jedna! I dlatego jest skazana na sukces. Poprzyjmuje „na klatę” wszystkich turystów, będąc gwiazdą, celebrytką, królową mediów społecznościowych. Teraz błyszczy i bryluje, jakby zapominając o dawnej biedzie. Może to i dobrze. W pełni zasługuje na swój sukces. W końcu tak długo na niego czekała. Kilka tysięcy lat…