Co by było, gdyby to wszystko nagle zniknęło? Zrezygnowali z Facebooka i...

Co by było, gdyby to wszystko nagle zniknęło? Zrezygnowali z Facebooka i...
W sieci...

Dziś nie sposób wyobrazić sobie życie bez mediów społecznościowych. To pochłaniacz czasu i energii. To również biznesy tam prowadzone. Czy można bez nich żyć? Dziś o zyskach i stratach osób, które zaczęły nowe życie bez mediów społecznościowych.

1. Poczułam, że naprawdę Facebook kontroluje mój dzień.

Elżbieta Turska – rękodzielniczka

Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Na samym początku Facebook nie był jeszcze tak skomercjalizowany. Konto założyłam… tak sobie dzisiaj próbowałam przypomnieć, bo to już było dawno temu… niedługo po tym, jak powstała Nasza Klasa. On wydał mi się wtedy bardziej pojemny, w sensie nawiązywanych relacji, np. z osobami z młodości, które żyją gdzieś daleko. To było bardzo ciekawe dla mnie. Wydaje mi się, że Facebook wtedy był bardziej przyjazny. Miałam wrażenie, że właśnie informacje o moich znajomych wyskakują na początku, co się potem zmieniło. Jestem rękodzielnikiem, więc w pewnym momencie stał się też dla mnie miejscem prezentacji prac. Mogłam też szybko odnaleźć: co się będzie działo na mieście, kto co robi, co się dzieje w moim środowisku. Szybko stał się więc dla mnie ważnym komunikatorem ze światem. Ta łatwość była dla mnie przyjazna.

Wkrótce szkoła moich dzieci zaczęła umieszczać na portalu więcej aktualizacji, zdjęć z wydarzeń niż na swojej stronie www, więc żeby się dowiedzieć czegokolwiek, to rodzic musiał mieć po prostu konto na Facebooku. Zaczęło mi to przeszkadzać, poczułam się trochę zmuszona, by w tym uczestniczyć. To był pierwszy moment refleksji, że tracę możliwość wyboru.

Potem okradziono moich znajomych, posługując się moimi danymi z konta. W 2017 roku włamano mi się na konto i przez mój komunikator, niejako w moim imieniu od bliskich mi znajomych, wyłudzono sporą kwotę pieniędzy. Na policji uznano jednak, że to jest mała szkodliwość czynu, że to jest bardzo niestety popularne i niezwykle trudno będzie znaleźć sprawcę w tym informatycznym gąszczu. Bardzo przykra sprawa dla mnie. W tamtym czasie już uznałam, że nie chcę dłużej być na Facebooku, ale rezygnacja zajęła mi znacznie więcej czasu niż początkowo myślałam. Miałam tam wiele zasobów: swoich prac, fotografii, informacji. Taki swój porządek: ład i skład, opisy. Nie chciałam, żeby to mi przepadło. Konto usunęłam dopiero w roku 2019. Wahałam się przez prawie rok. Trzymały mnie te moje pogrupowane zdjęcia i trzymał mnie ten mój profil „robótkowy”. Kiedy postanowiłam zrobić ten radykalny krok, syn, informatyk, pomógł przenieść moje zdjęcia do innych miejsc. Wszystko zgrał na mój dysk komputera i konta zostały usunięte. Poczułam ulgę.

Od dawna miałam wrażenie, że wszystko, co tam wkładałam: moje zdjęcia, pomysły, moje wydarzenia z życia to jakbym oddawała, tracąc nad tym kontrolę. Poczułam, że naprawdę ten Facebook kontroluje mój dzień. Że jestem zmuszona kontrolować , motywować, budować swoje poczucie własnej wartości tym, że ktoś mi coś miłego napisze. ”O, jak fajnie to zrobiłaś”, „Super”. I w drugą stronę: jak nikt nie zareaguje, to jest mi gorzej. Poczułam się taka zmęczona, zamknięta w bańce, gdy spostrzegłam, że nie mam kontroli nad swoim życiem, że czekam, aż ktoś inny mi coś napisze.

Skoro ja sama rzucam tylko najlepsze wydarzenia z mojego życia, chcąc się oczywiście nimi pochwalić, to inni pewnie robią to samo. Przecież wiem, że życie moich znajomych tak naprawdę ma też gorsze strony niż te upublicznione.

Dodatkowo w czasie, kiedy miałam konto, moje dzieci wydoroślały i to mi dało takie spojrzenie, że przecież ja wcześniej publikowałam zdjęcia bez ich zgody. Przez ten pryzmat zaczęłam patrzeć na konta moich znajomych, którzy wrzucają zdjęcia swoich dzieci i naprawdę niektóre mogłyby być poniżające, kiedy ten człowiek dorośnie. Nie mamy prawa do tego.

Odkąd zrezygnowałam z Facebooka, czuję, że zyskałam głębszy kontakt ze sobą, z treścią własnego życia. Moi znajomi przyzwyczaili się, że mnie tam nie ma. Jestem w prawdziwym życiu i zawsze możemy się spotkać naprawdę, porozmawiać naprawdę. W ogóle mi tego wirtualnego świata nie brakuje.

2. Moją stronę utworzyła koleżanka w tajemnicy przede mną.

Davide Canepa – artysta malarz

Na początku nie byłem zainteresowany tą platformą. Moją stronę utworzyła koleżanka w tajemnicy przede mną, przez swój własny profil. Następnie ja sam przez kilka lat administrowałem tę stronę, korzystając z konta mojej żony, wciąż buntując się przed założeniem własnego konta. W końcu, namawiany, zdecydowałem założyć własny profil, głównie ze względu na chęć udostępniania sztuki.

Początkowo porozumiewanie się z ludźmi na Facebooku było łatwiejsze, bo wtedy ten serwis nie eksponował tak dużo danych osobowych swoich użytkowników ( jak teraz) i widoczność wszystkich kontaktów była prawie jednakowa. Po prostu było to bardziej uczciwe, przyjazne, czytelne i logiczne. Niestety z upływem czasu i zmianą algorytmów, Facebook zaczął pokazywać tylko wybrane treści. Podobnie z fanpage'ami - kiedyś ich zasięg był nieograniczony, a przynajmniej równy liczbie fanów. Nie było problemem dotrzeć, chociażby do osób, które polubiły stronę. Niestety, wraz z obcięciem zasięgów, wprowadzeniem płatnych reklam, widoczność postów dramatycznie spadła.

Dla mnie, człowieka wolnego, jest dużym problemem to, że kontrola profili, lajków, preferencji, prywatnych wiadomości prowadzona jest przez prywatną firmę, amerykański konglomerat technologiczny, jakim jest Meta. Według mnie prowadzi to do komercyjnej manipulacji naszych społecznych zachowań. To system pokazuje, kto lubi który wpis, z kim się przyjaźnić, gdzie warto bywać, w jakich zdarzeniach uczestniczyć. Jednocześnie w moim odczuciu jest nakładana cenzura, która kojarzy mi się z ustrojem totalitarnym, z czasem komunizmu. Jednym z najtrudniejszych do przyjęcia dla mnie aspektów jest cenzura wyrażania siebie na forum publicznym, gdzie albo jesteśmy "poprawni", albo usunięci z platformy, jeśli wyrazimy cokolwiek, co nie zgadza się z oficjalną linią politycznej poprawności, jakkolwiek rozumieją ją w Meta czy też jakkolwiek określi to algorytm. Nowy regulamin pozwala im na usunięcie dowolnej treści, którą uznają za problematyczną i tutaj nie ma żadnej dyskusji. I nie chodzi o to, kto ma rację, a kto nie, ale o możliwość wyrażenia innego punktu widzenia, które stanowi podstawę wolnego społeczeństwa. Widzę to jako próbę ujarzmienia indywidualizmu i ujednolicenia mas. Obawiam się tego. Od dawna podejmuję tę tematykę w mojej sztuce. Dostrzegam te mechanizmy i chciałbym, abyśmy byli bardziej uważni i wyczuleni na kwestę własnej wolności, którą ograniczamy często przez nieświadome wybory. Dlatego zrezygnowałem z Facebooka z zeszłym roku i czuje się z tym dobrze. Moja żona także zrezygnowała – razem ze mną, jednak po jakimś czasie ponownie utworzyła swój profil. Rozumiem ją. Powód, dla którego wróciłbym na Facebook to kontakt z niektórymi ludźmi, którzy nie chcą go zostawić. Jednak niezgoda na politykę platformy trzyma mnie w postanowieniu, póki co nie zmieniłem zdania. Chociaż ze względów społecznych jest to trudne i nie ukrywam – są takie chwile – że się waham, czy nie wrócić…

3. Jeżeli chcę komuś przekazać coś bardzo istotnego, piszę to na kartce, idę na pocztę i wysyłam.

Jarosław Holden – krytyk literacki

Zacząłem z nim dosyć późno, to już hulało od dawna. Aktywnie działałem w środowisku fotograficznym i wstawiałem między innymi akty na swoją prywatną stronę. Nikt mnie nie banował, nie zgłaszał, nie blokował. Algorytmy działały inaczej. Teraz byłoby to niemożliwe. Wtedy  to była najlepsza platforma do komunikacji, prezentacji prac i kontaktu z ludźmi.

Usunąłem się z serwisu niejako przez przypadek. Myślałem, że jedynie tymczasowo zawiesiłem konto, odczytałem komunikat, że za ileś tam czasu mogę je później aktywować. Być może tego po prostu nie dopilnowałem (bo też tak naprawdę nie miałem zamiaru tego pilnować). Po roku nieobecności chciałem się zalogować i okazało się, że dla facebookowego świata od dawna nie istnieję. Postanowiłem więc dalej się nie logować…

Te dwa lata bez Facebooka były mi potrzebne. Dzisiaj nie jestem dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobę, tylko wtedy, kiedy robię przerwę między czytaniem a pisaniem, między spacerem a spotkaniami. Pięć minut i wychodzę. Jestem osobą, która nadal wysyła papierowe listy. Jeżeli chcę komuś przekazać coś bardzo istotnego, piszę to na kartce, idę na pocztę i wysyłam. Należę do tych niewielu Polaków, którzy czytają książki i bez literatury nie potrafię żyć, natomiast nie muszę mieć cały czas przed sobą telefonu. Ta słabość, jak się okazuje, wcale nie jest domeną ludzi młodych, także ci w  moim wieku (średnim) niejako upodobnili się do swoich dzieci. To jest wtórny infantylizm. Osoby, które nieustannie lajkują wszystkim, często osobom znanym. Wydaje im się, że nabyły przez to szczególne prawo do tego, żeby być lubianymi i akceptowanymi ze wszystkim, co zaprezentują. Jakikolwiek głos krytyczny jest dla nich ogromnym zaskoczeniem.

Ostatecznie, chcąc wrócić do tego, co kocham, czyli do czytania i pisania o książkach, przełamałem się i założyłem nowe konto. Niemniej w trakcie dwuletniej przerwy nie odczuwałem jakieś niesamowitej tęsknoty. Zmieniłem taktykę publikowania postów. Jestem na messengerze, bo czegoś ode mnie chcą lub ja czegoś od kogoś chcę. Publikuję głównie zawodowo, a jeżeli nie mogę osobiście uczestniczyć w jakimś wydarzeniu to włączam live. Facebook jest dla mnie narzędziem pracy. Niczym więcej.

Kiedyś zadałem sobie i innym uczestnikom pewnej dyskusji takie pytanie na temat mediów społecznościowych: Co by było, gdyby to wszystko nagle zniknęło? Warto trzymać się realności i mieć tę pewność, że to, co robię jest czymś konkretnym, wartościowym, nie jest tymczasowe.