"Ludzie padają jak muchy". Zabijał, by zemścić się na matce

"Ludzie padają jak muchy". Zabijał, by zemścić się na matce

Gdy dzieci w przedszkolu rysują swoją rodzinę, te szczęśliwe wybierają żywe, radosne kolory, a ich prace są pełne przestrzeni i słońca. Na rysunkach tworzonych przez Serhija Serhijewa były czarne plamy. "To moja mama" – tłumaczył wychowawczyniom. Po latach, by zemścić się na matce za nieszczęśliwe dzieciństwo, Serhijew zaczął mordować.

Serhij Serhijew urodził się 21 czerwca 1964 r. w ukraińskim przemysłowym mieście Zaporoże. Istniał jeszcze ZSRR, Ukraina była jedną z republik radzieckich, więc w notatkach prasowych z tamtego czasu jego imię i nazwisko zapisywane jest z rosyjska – Siergiej Siergiejew.

Serhij od dziecka uwielbiał się wyróżniać. Zależało mu na tym, by dobrze wyglądać, mieć modne ubrania i fryzurę. Problem polegał na tym, że jego matka wychowywała go samotnie i w rodzinie zawsze brakowało pieniędzy nie tylko na zachcianki dorastającego chłopaka, ale nawet na ubranie i inne podstawowe wydatki. Matka Serhija była sprzątaczką, pracowała od świtu do nocy. Nie mieli dobrych relacji. Gdy pewnego dnia w przedszkolu dzieci rysowały swoje rodziny, Serhij zamalował kartkę na czarno. "To moja mama" – powiedział przedszkolankom.

Gdy syn zaczął uciekać z domu i kraść pieniądze z jej portfela, matka Sierioży postanowiła oddać go do szkoły z internatem. Uważała, że dla chłopaka z trudnym charakterem, pozbawionego opieki ojca, tak będzie lepiej. W państwowym internacie zawsze będzie najedzony, zdobędzie porządny fach. Może czeka go lepszy los niż ją – wspominała ze łzami po latach.

Serhij jednak nie potrafił odnaleźć się w internacie. Był dość niski i słaby, niemal od razu stał się więc ofiarą starszych i silniejszych uczniów, którzy regularnie spuszczali mu łomot. Gorsze od siniaków było jednak upokorzenie – w internacie ktoś dowiedział się, że matka Serhija jest sprzątaczką i od tego czasu znęcanie się przybrało na sile.

Serhij początkowo prosił mamę, by zabrała go do domu, obiecywał, że będzie posłuszny i nie sprawi jej żadnych kłopotów, ta jednak kategorycznie odmówiła. Serhij poczuł się zdradzony, w czym tylko utwierdzały go ironiczne uwagi kolegów. Gdy chłopak zrozumiał, że musi radzić sobie sam, poczuł wściekłość i poprzysiągł, że któregoś dnia zemści się na matce za wszystkie upokorzenia, których doznał w internacie. Miał 15 lat, gdy pewnego dnia pobił bezbronnego miejscowego pijaczka, który spał na tyłach sklepu monopolowego. Został aresztowany i skazany na rok więzienia za chuligaństwo. Odsiadka jeszcze mocniej wstrząsnęła Serhijem – gdy trafił do więzienia, miał 16 lat, był najniżej w hierarchii więziennej, a to oznaczało nie tylko znęcanie się, ale i przemoc seksualną. Złość, którą kumulował w sobie od lat, narastała i kwestią czasu było, aż znajdzie ujście…

Po wyjściu z więzienia Serhij nie wrócił do internatu. Znalazł pracę. Został sprzątaczem w miejscowym kinie. Później został fotografem w spółdzielni usługowej. Zamieszkał w pokoju w hotelu robotniczym. Był przystojnym chłopakiem, ale dziewczyny bały się go i unikały jego towarzystwa – miał napady wściekłości, gdy coś szło nie po jego myśli.

Któregoś majowego dnia 1987 r. Serhijowi udało się pojechać na urlop do Jałty nad Morzem Czarnym. W czasach ZSRR nie można było zwyczajnie pojechać do kurortu i wynająć pokój w hotelu – trzeba było mieć "putiowkę", czyli właśnie skierowanie z zakładu pracy. Ktoś z kadr zlitował się nad Serhijem i dał 22-latkowi upragniony papier, umożliwiający spędzenie dwóch tygodni nad morzem. Serhij był szczęśliwy, tym bardziej że urlop zahaczał o jego urodziny.

21 czerwca w Jałcie Serhij poznał śliczną studentkę z Leningradu, Tatianę Nowik. Kilka razy spotkali się na mieście, poszli razem na lody i do kina. Urlop Serhija dobiegał końca, musiał wyprowadzić się z hotelu, postanowili więc razem wynająć kwaterę.

Serhij po raz pierwszy dzielił pokój z kobietą. 27 czerwca 1987 r. zaproponował Tatianie małżeństwo. Studentka roześmiała się – ślub po kilku dniach znajomości? Jej śmiech rozwścieczył Serhija. Poczuł się upokorzony. Chwycił Tatianę za gardło i ściskał tak długo, aż przestała dawać oznaki życia. Serhijew czuł się jak triumfator – oto w końcu zemścił się na kimś, kto go odtrącił. Na ciele swojej ofiary zostawił notatkę – "Wybacz, ukochana, wkrótce do ciebie dołączę". W pośpiechu opuścił wynajmowany pokój, zapominając o tym, że zostawił dowód tożsamości właścicielce kwatery.

Ciało Tatiany znaleziono następnego dnia. Milicjanci ustalili, że mieszkała z Serhijem Serhijewem z Zaporoża. Rozpoczęły się poszukiwania podejrzanego o zabójstwo.

Serhij tymczasem zdążył wrócić do rodzinnego miasta. Czuł niezwykły przypływ adrenaliny. Zabicie niewinnej kobiety sprawiło też, że poczuł się silny. W końcu miał nad kimś władzę – i to władzę nad życiem i śmiercią. Postanowił skorzystać z tej władzy…

Na początek postanowił zdobyć pieniądze. Chodząc po mieście, zauważył szyld spółdzielczej szwalni. Wszedł do środka – w pomieszczeniu była tylko jedna osoba, sprzątaczka Natalia Jurczenko. Serhij błyskawicznie rzucił się na kobietę, udusił ją i dźgnął nożem, po czym ukradł kilka szytych w zakładzie futrzanych czapek, a także złoty łańcuszek i kolczyki, które nosiła kobieta.

Następnie Serhij poszedł do dziewczyny, z którą przez kilka tygodni spotykał się poprzedniego lata. Jego zdaniem, ona też zasługiwała na zemstę. Gdy otworzyła mu drzwi i wpuściła do mieszkania, Serhij zobaczył, że nie jest sama. Był u niej mężczyzna, Serhijew uznał, że to jej nowy partner. Wściekły rzucił się na oboje z nożem, zadał im kilka głębokich ran i uciekł w przekonaniu, że znowu zabił. Para jednak przeżyła i błyskawicznie wezwała milicję. Tak milicjanci ustalili, że zabójca Tatiany Nowik wrócił z Jałty do Zaporoża.

Serhijew był w amoku. Wrócił na chwilę do swojego pokoju w hotelu robotniczym, po czym wsiadł do podmiejskiego autobusu i pojechał przed siebie, nawet nie zastanawiając się, dokąd zmierza. Postanowił za wszelką cenę zdobyć pieniądze. Pod wpływem impulsu wysiadł na jednym z przystanków i niemal natychmiast zaatakował kierowniczkę miejscowego kołchozu, raniąc kobietę w rękę i kradnąc 650 rubli – w tamtych czasach odpowiednik paru tysięcy złotych.

Przez kilka dni ukrywał się wśród pól. Spał w stogach siania, kradł jedzenie robotnikom i rolnikom. 9 lipca wrócił jednak do Zaporoża – postanowił bowiem, że nadszedł czas policzenia się z matką. Zamiast do rodzinnego domu pojechał jednak na obrzeża miasta. Tam wdarł się do mieszkania, w którym przebywała jedynie 9-letnia dziewczynka, Lena Nowikowa (zrządzeniem losu nazwisko kolejnej ofiary bardzo przypominało nazwisko pierwszej). Serhijew zadał jej kilkanaście ciosów nożem, ukradł biżuterię i pieniądze z kasetki na stole i uciekł. Dziewczynka przeżyła. Zanim straciła przytomność, zdążyła zadzwonić na pogotowie.

Gdy milicjanci przyjechali na miejsce zdarzenia, zauważyli odręcznie napisaną notatkę: "Lena chciała zostać malarką. Pierwsza ofiara, która była godna śmierci".

Tymczasem Serhijew nie zamierzał przestać zabijać. Następnego dnia po zaatakowaniu Leny szedł ulicą – chciał "odwiedzić" swoją matkę. Niósł torbę, która w pewnym momencie wypadła mu z ręki, otworzyła się, a z torby wypadł topór i zakrwawiony nóż. W tym czasie po Zaporożu już rozniosły się wieści o grasującym w mieście zabójcy, dlatego przechodnie, którzy zobaczyli te podejrzane przedmioty, od razu podnieśli alarm. Serhijew rzucił się do ucieczki, udało mu się wbiec do jednego z wieżowców. Tam właśnie szukali go milicjanci. On tymczasem wybiegł z budynku i włamał się do mieszczącego się w pobliżu domu samotnej 84-letniej emerytki. Drzwi do mieszkania przez przypadek były otwarte. Serhij schował się w szafie, w której po kilku godzinach znalazła go starsza pani. Serhijew zaatakował ją, dotkliwie pobił i zamordował. Na ścianie pokoju krwią ofiary napisał "Ludzie padają jak muchy. A kto za to odpowie?". Przenocował w domu 84-latki, po czym splądrował mieszkanie i uciekł, kradnąc wszystkie oszczędności swojej ofiary.

Kilkadziesiąt godzin później we wsi Jurjewka nożem zaatakował dwóch chłopców, którzy kąpali się w pobliskim jeziorku. Zadał im wiele ciosów, na szczęście chłopcy przeżyli, ponieważ rodzice szybko ich znaleźli. Na miejscu kolejnego ataku Serhijew zostawił notatkę: "I znowu zabójstwo. Kto będzie następny? Siódmy? Będę mordować codziennie dzieci".

Panika w Zaporożu i okolicy sięgnęła zenitu. Wiele osób nawet po latach pamięta, że przez kilkanaście dni rodzice zabraniali im wychodzić z domu, co było tym bardziej dotkliwe, że trwały wakacje. Miejscowa milicja opublikowała jednak informację, że cyniczny zabójca nagrał na kasetę "oświadczenie", że będzie mordował bez opamiętania. Zaczął od pogróżek pod adresem swojej matki i dodał "Ludzie padają jak muchy". Zapowiedział, że jego celem jest zabicie 50 osób. Kasetę magnetofonową podrzucił do przypadkowej skrzynki pocztowej, jednak znalazca odsłuchał ją dopiero po kilku dniach.

Zaczęła się obława na mordercę. Szukali go milicjanci, tysiące ochotników, poderwano nawet milicyjny helikopter. 17 lipca Serhij Serhijew został zauważony w okolicy jednego z kołchozów pod Zaporożem. Podczas zatrzymania usiłował zranić nożem jednego z milicjantów, został jednak obezwładniony. Jeden z funkcjonariuszy zadał mu cios w nogę. Milicjanci zdołali skuć Serhijewa dopiero po tym, jak stracił przytomność.

W areszcie Serhij postanowił udawać niepoczytalnego. Podczas spaceru zaatakował i zabił współwięźnia, wykrzykiwał dziwne hasła i groził zemstą wszystkim, którzy kiedykolwiek źle na niego spojrzeli. Biegli uznali go jednak za zdolnego do rozpoznawania swoich czynów i stwierdzili, że może odpowiadać przed sądem. Po roku śledztwa i kilku rozprawach sądowych Serhij Serhijew został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 25 sierpnia 1988 r.

Przed śmiercią Serhijew zdążył napisać do matki. Ze szczegółami opisał wszystkie swoje zbrodnie i dodał, że nigdy nie wybaczy jej, że oddała go do internatu…