Miał obsesję, by mieć kontrolę. Zabił żonę, matkę i sześcioro dzieci

Miał obsesję, by mieć kontrolę. Zabił żonę, matkę i sześcioro dzieci

Latem 2015 r. Rosją wstrząsnęła historia śmierci Julii Biełowej i jej siedmiorga dzieci. Kobieta zginęła chwilę po tym, jak zadzwoniła na milicję i krzyknęła „Pomocy, zabijają!”. Podejrzanym od początku był jej mąż. Gdy trwała obława na mordercę, okazało się, że Oleg Biełow zamordował też swoją matkę. Wpadł, kiedy pojechał rozprawić się z teściową. Podczas procesu okazało się, że mężczyzna od lat znęcał się nad rodziną, ale z powodu zaniedbań urzędników z opieki społecznej pozostawał bezkarny.

Oleg Biełow urodził się w 1963 r. Od dziecka marzył o podróżach kosmicznych. Często podkreślał, że nie przez przypadek właśnie w roku jego narodzin Walentina Tierieszkowa poleciała w kosmos. Bardzo chciał odkryć nową planetę, polecieć na nią i zamieszkać tam ze swoją liczną rodziną. Którejś nocy przyśnił mu się pojazd latający i dokładny schemat jego budowy – po przebudzeniu dokładnie zanotował wszystko, co zobaczył we śnie i od tego czasu był przekonany, że w końcu uda mu się urzeczywistnić swoje marzenie. Dlatego z zapałem uczył się matematyki i fizyki – miał cel i dążył do jego realizacji, a te przedmioty miały mu to umożliwić. Chwalił się kolegom, że bez problemu dostał się na studia w Moskwie. Coś im się jednak w tych opowieściach nie zgadzało, bo Oleg po szkole trafił do wojska i odsłużył dwa lata, jak wszyscy. To właśnie wtedy dowódcy zauważyli, że z chłopakiem coś jest nie tak. Był przekonany, że rolą mężczyzny jest spłodzenie jak największej liczby dzieci. „Ożenię się tylko z kobietą, która zgodzi się urodzić dwadzieścioro” – mawiał czasem, gdy inni szeregowi wypytywali go o plany na przyszłość. Czasem żarliwie dyskutował sam ze sobą.

Po wojsku wrócił do rodzinnego miasta – Władimiru, by po kilku latach przeprowadzić się do Niżnego Nowogrodu. Nie pracował – w żadnym miejscu nie umiał zagrzać miejsca. Był porywczy i agresywny, a jednocześnie zamknięty w sobie. Zdiagnozowano u niego schizofrenię i nadano mu trzecią grupę inwalidzką. Pod wpływem matki stał się też bardzo religijny, często cytował Biblię, w 1992 r. przystąpił do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, który od niedawna działał w postsowieckiej Rosji.

Mąż

Był już po czterdziestce, gdy poznał Julię Zajcewą. Była o 20 lat młodsza od niego i pracowała w sklepie spożywczym. Nie wiadomo, co sprawiło, że ta niewysoka blondynka o pięknym uśmiechu zakochała się w Olegu. Wiedziała o jego chorobie psychicznej i uważała, że może mu pomóc. Możliwe, że przekonały ją też jego żarliwe opowieści o dużej rodzinie, którą chce z nią założyć. Julia już po miesiącu znajomości była w ciąży. Nieślubne dziecko stało się powodem, dla którego Oleg został wykluczony z Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego – jednak z Julią u boku Oleg był przekonany, że już nie potrzebuje instytucji. Zaczął realizować swój zamiar stworzenia jak najliczniejszej rodziny – mawiał nawet, że Julia zgodziła się urodzić mu tyle dzieci, by trafić do Księgi Rekordów Guinnessa. Wkrótce plan zaczął się ziszczać – od 2009 Julia co roku rodziła dziecko. W lipcu 2015 była w piątym miesiącu kolejnej ciąży.

Matka Julii, kobieta apodyktyczna i ambitna, nie była zachwycona wybrańcem córki. Koleżanki również zauważyły, że mężczyzna ma na Julię zły wpływ – zaczęła oddalać się od znajomych, zerwała kontakt z najbliższą przyjaciółką, a wkrótce zrezygnowała z pracy i prawie nie wychodziła z domu.

Ojciec

Oleg od samego początku narzucił żonie i dzieciom iście spartański rygor. Nie pozwalał Julii brać dzieci na ręce ani tulić ich. Gdy tylko stawiały pierwsze kroki, przestawały jeździć w wózku – miały wszędzie chodzić same. „Nikt nie obiecywał, że ich życie będzie usłane różami, muszą sobie radzić” – mówił Oleg nielicznym sąsiadom, którzy odważyli się zwrócić mu uwagę. Oleg nikomu nie pozwalał wtrącać się w swoje sprawy. Przez okno pilnował, by żona nie rozmawiała z nikim wychodząc na spacer albo na plac zabaw.

Z biegiem lat miał coraz większą obsesję na punkcie praw, które przysługują jego wielodzietnej rodzinie. Skrupulatnie studiował kodeks cywilny i przepisy dotyczące przywilejów, z których może skorzystać. „Zapewniliśmy państwu dopływ nowych obywateli, więc państwo ma obowiązek nas utrzymywać” – powtarzał.

Początkowo Biełowowie zajmowali kawalerkę, w której ledwo mieścili się z trójką dzieci – od władz miasta dostali trzypokojowe mieszkanie w tym samym bloku na obrzeżach Niżnego Nowogrodu. Nie pozwalał Julii kupować ubrań ani kosmetyków dla siebie i dzieci – korzystali tylko z tego, co otrzymali od pomocy społecznej. Dzieci nie miały zabawek, a jeśli nawet dostały coś w darach, nie mogły się tym bawić. Oleg miał też specyficzne poglądy na temat diety. Nie pozwalał dzieciom jeść owoców ani pić słodzonych napojów. Gdy Julia szła do sklepu, kupowała w zasadzie tylko chleb i mleko. Maluchy chodziły do przedszkola i tam zjadały ciepłe posiłki – w domu rzadko mogły zjeść coś pożywnego. Rodzina nie jadła też mięsa. W przedszkolu starsze dzieci pilnowały, by młodsze nie kosztowały żadnych produktów zwierzęcych oprócz nabiału. Czasem też opowiadały przedszkolankom, jak tatuś wpada w szał i bije każdego, kto mu się nawinie pod rękę. Przerażone panie zawiadamiały opiekę społeczną, ale gdy przedstawiciele służb zjawiali się pod drzwiami mieszkania Biełowów, nikt im nie otwierał. Urzędnicy odchodzili z kwitkiem.

W 2010 r. Oleg w napadzie szału uderzył Julię w głowę tępą stroną siekiery. Po tym ataku matka Julii wniosła pozew o pozbawienie Olega praw rodzicielskich, sąd jednak stwierdził, że ojciec nie zagraża dzieciom. Zresztą, sama Julia nie wierzyła, że poradzi sobie sama i prosiła sąd, by nie pozbawiał dzieci ojca. Po procesie Oleg zakazał Julii kontaktów z matką – przez kilka lat rozmawiały przez telefon tylko wtedy, gdy mężczyzny nie było w domu. Wnuków prawie nie widywała.


Proces sprawił, że Oleg popadł w jeszcze głębszą obsesję na punkcie kontroli nad rodziną. Wielokrotnie groził Julii, że ją zamorduje. Awantury wybuchały niemal codziennie. Często Julia wzywała milicję i robiła obdukcje, ale po kilku dniach wycofywała skargę na męża. Po każdym incydencie Oleg pisał na żonę donosy na milicję – oskarżał ją, że spiskuje z sąsiadami, by pozbawić go majątku i sama znęca się nad dziećmi.

Julia była coraz bardziej zastraszona. Któregoś dnia coś w niej jednak pękło. W czerwcu 2015 r. złożyła wniosek o rozwód. 27 lipca miała odbyć się pierwsza rozprawa, podczas której Julia chciała złożyć kolejne podanie o pozbawienie Olega praw rodzicielskich. W sądzie jednak Biełowowie się nie stawili.

Morderca

4 sierpnia wychowawczyni z przedszkola, do którego chodziły dzieci Biełowów, zaniepokoiła się, że od tygodnia żadne z nich nie pojawiło się w placówce. Zaalarmowała opiekę społeczną. Kilka godzin później pod drzwiami mieszkania Biełowów zjawili się urzędnicy i milicja. Sąsiedzi rodziny twierdzili, że wczesnym rankiem 26 lipca słyszeli krzyki i wołanie o pomoc, ale wkrótce dźwięki ucichły. Później okazało się, że o 7:15 rano Julia zdołała zadzwonić na numer alarmowy. Zdążyła tylko krzyknąć „Pomocy, zabijają” i połączenie zostało zerwane.

Gdy milicjanci wybili drzwi do mieszkania, od razu wiedzieli, że doszło w nim do zbrodni. Podłoga i ściany były dosłownie zalane krwią. Wszystkie ramy i szczeliny były zaklejone pianką montażową. Milicjanci od razu wiedzieli, dlaczego – zapachu śmierci nie można z niczym pomylić.

W jednym z pokojów ustawione rzędami stało kilkadziesiąt czarnych worków na śmieci. Po otwarciu ostatniego zgasła nadzieja, że ocalało którekolwiek z dzieci. Nie żyła również ich matka. Oleg Biełow zniknął.

Milicja natychmiast wszczęła poszukiwania. W międzyczasie w miejscowości Gorochowiec pod Władimirem znaleziono ciało starszej kobiety. Została zadźgana i zakopana w płytkim grobie pod lasem. Wkrótce okazało się, że to matka Olega Biełowa. Świadkowie zeznali, że dzień wcześniej widzieli Olega w okolicy i dziwili się, że przyjeżdża drugi raz w ciągu kilku dni. Okazało się, że 28 lipca przyjechał do matki po siekierę, powiedział jej, że z dziećmi wszystko w porządku, nawet razem zbierali dla nich maliny. Śledczy założyli, że Oleg Biełow, który od początku był podejrzewany o wymordowanie swojej rodziny, ma na makabrycznej liście jeszcze jedną ofiarę. Zawiadomili milicjantów z miasteczka, w którym mieszkała jego teściowa. Trop był właściwy – Oleg Biełow został zauważony na posesji graniczącej z domem Walentiny Zajcewej, matki Julii. Kobieta była już jednak w drodze do Niżnego Nowogrodu.

Podczas zatrzymania Oleg stawiał opór – usiłował zranić jednego z milicjantów. Został postrzelony w brzuch, a lekarze przez kilka godzin walczyli o jego życie. Gdy jego stan się ustabilizował i został przeniesiony do aresztu, zaczął pisać podania o zwolnienie go do domu oraz umożliwienie mu dostępu do komputera, z którego mógłby korzystać, by grać na giełdzie walut Forex. Gdy w grudniu 2015 r. ruszył proces mężczyzny, zaskoczył wszystkich oświadczeniem, że nikogo nie zabił, jego zeznania były składane pod przymusem, a dzieci zostały zamordowane przez mafię handlującą organami do przeszczepów. Ta teoria spiskowa szybko rozprzestrzeniła się w internecie, a na portalu społecznościowym powstała nawet grupa „Uwolnić Olega Biełowa”, którego administratorzy przekonywali, że Oleg jest całkowicie niewinny.

Skazaniec

Tymczasem sąd odczytywał zeznania mężczyzny, w których opisywał szczegóły zbrodni. Okazało się, że Oleg dokładnie zaplanował proces eliminacji rodziny. 25 lipca wypisał dzieci z przedszkola oświadczając, że wyjeżdżają na długie wakacje (przedszkolanka, która zaalarmowała milicję, nie została o tym poinformowana). Następnego dnia rano wybuchła awantura – zaczęło się od tego, że Olegowi nie spodobało się, jak żona ostrzygła jednego z synów (dzieci nigdy nie były u fryzjera). Wtedy zaczął ją bić pięściami po głowie. Julia i najstarsza córka wybiegły z mieszkania i uciekły do sąsiadki, prosząc o wezwanie pomocy, Oleg jednak wbiegł tam za nimi i siłą zaciągnął Julię do domu. Córka z płaczem pobiegła za nimi. Chwilę później Julia zdołała zadzwonić na milicję i krzyknąć „Pomocy, zabijają”, ale wtedy Oleg zadał jej pierwszy cios nożem w serce. Później po kolei mordował dzieci – czworo z nich jeszcze spało w swoich łóżeczkach. Następnego dnia pojechał do swojej matki po siekierę, wrócił do domu i rozczłonkował ciała. By zamaskować zapach, polewał je odświeżaczem powietrza. Pianka montażowa miała zapobiec wydostawaniu się zapachu z mieszkania. Następnie spakował wszystkie swoje rzeczy i pojechał do matki. Zabił ją, jak podkreślał, „z litości”, ponieważ była już schorowana, a poza tym „bardzo by przeżyła śmierć ukochanych wnuków”. Z tym samym zamiarem pojechał do teściowej, której od dawna chciał się pozbyć.

W trakcie procesu Oleg początkowo nie okazywał emocji, później jednak zaczął płakać. Mówił, że zabił swoje dzieci, bo nie mógł się pogodzić z myślą o tym, że mogłyby zostać mu odebrane. Przekonywał też, że jego dzieci zmartwychwstaną i będą żyć razem z ojcem na innej planecie, na którą musi pilnie polecieć.

Biegli uznali, że mimo zdiagnozowanej schizofrenii Oleg był poczytalny w chwili popełniania zbrodni i może odpowiadać za swoje czyny. Rok po zamordowaniu ośmiorga najbliższych mu osób został skazany na dożywocie i przymusowe leczenie psychiatryczne.

Sąd zwrócił też uwagę na karygodne zaniedbania opieki społecznej i milicji, która ignorowała zawiadomienia o znęcaniu się Biełowa nad rodziną, a także nie zapewniła bezpieczeństwa maltretowanym dzieciom. Część urzędników została pozbawiona prawa wykonywania zawodu i ukarana grzywną.

Nieliczni internauci należący do grupy „Poparcie dla Olega Biełowa” na rosyjskim portalu społecznościowym vk.com co jakiś czas informują o zbiórce pieniędzy i ubrań dla „niewinnie skazanego”. Każdy wpis kończy się tekstem popularnej w latach 80. piosenki „Tata może”, której refren brzmi „Tata może wszystko! Pływać żabką, śpiewać basem i rąbać drewno. Tata może być, kim zechce, tylko mamą nie może być”.