Nie mieli litości dla nikogo. Banda mordowała całe rodziny

Nie mieli litości dla nikogo. Banda mordowała całe rodziny
Zakrwawiony nóż, pixabay.pl

Byli bezwzględni i beznamiętni. Zabijali każdą żywą istotę, która podczas „akcji” stanęła im na drodze. Kobiety, dzieci, starców, a nawet zwierzęta. W strachu przed nimi ludzie przeprowadzali się do innych miast. Byli nieuchwytni, bo tuż obok akurat działa się historia i nie było wiadomo, kto miałby ich łapać. Dlatego w cztery lata z zimną krwią zamordowali 116 osób.

W 1918 roku w Rosji wrzało. Kraj był ogarnięty wojną domową, trwała walka o władzę pomiędzy czerwonymi (bolszewikami) a białymi. Na każdym kroku czekała śmierć. W tym samym roku z więzienia wyszedł Wasilij Kotow. Urodzony w 1884 roku w małej rosyjskiej wsi pod Smoleńskiem, wychowany przez trójkę braci, którzy po śmierci ojca postanowili nauczyć 12-letniego chłopaka rodzinnego fachu, czyli kradzieży. Od 12. roku życia w domach poprawczych, aresztach i więzieniach, przez nową władzę został uznany za „ofiarę carskiego reżimu” i zwolniony na mocy amnestii. Nagle odzyskaną wolność uczcił serią napadów na domy bogatych właścicieli ziemskich. Podczas jednej z popijaw poznał Grigorija Morozowa, starszego o kilka lat recydywistę, który miał już na koncie wyrok za zamordowanie policjanta. On też trafił na listę skazanych przez carski reżim. Panowie porozumieli się niemal bez słów – postanowili skorzystać z dziejowej zawieruchy i wzbogacić się kosztem innych. Znali swoje mocne strony: bezwzględność, okrucieństwo, siła.

Trzecim wierzchołkiem w tym trójkącie była Serafima Winokurowa, 20-letnia kochanka Wasilija. Jej zadaniem było wzbudzanie zaufania przyszłych ofiar i rozbudzanie w nich nadziei na przeżycie. Czczych nadziei – bo ta trójka nigdy nikogo nie oszczędziła. Choć początkowo planowali tylko kraść, postanowili nie pozostawiać przy życiu żadnych świadków.

Plan działania sprawdził się już podczas pierwszego napadu. W listopadową noc 1920 roku młoda kobieta zapukała do drzwi domu rodziny Łukjanowów w Kursku. Rodzina składała się z pięciu osób. Mąż i troje dzieci już głęboko spali, ale gospodyni domu jeszcze krzątała się po izbie. Usłyszała pukanie, a gdy otworzyła drzwi, zobaczyła śliczną czarnowłosą dziewczynę. To była Serafima. 20-latka poskarżyła się, że została napadnięta i zapytała, czy mogłaby przenocować, bo nie ma siły dowlec się do domu. Właścicielka wpuściła nieznajomą, ale w tej samej sekundzie gorzko tego pożałowała – poczuła cios w głowę, a do środka wpadło dwóch potężnych mężczyzn, którzy natychmiast związali wszystkich domowników i zażądali pieniędzy, jedzenia i wszystkich kosztowności. Wasilij Kotow i Grigorij Morozow przetrząsali dom przez kilka godzin, aż do świtu. Gdy nie było już czego zabierać, Morozow zawiązał dzieciom oczy szmatkami i z zimną krwią zamordował je za pomocą młotka. W tym czasie Kotow mordował ich rodziców. Winokurowa stała na czatach...

W styczniu 1921 roku grupa napadła na dom bogatego chińskiego przedsiębiorcy, u którego właśnie gościła rodzina. Winokurowa znowu zapukała do drzwi. Tym razem nawet nie musiała niczego wymyślać – jej towarzysze wdarli się do środka jak tylko drzwi się uchyliły. W morderczym szale zabili siekierami wszystkich, kto był w domu. Nie przeżyła żadna z 16 osób.

Po tym napadzie, podczas którego banda zrabowała wiele cennych przedmiotów, przez kilka tygodni zajmowali się zbytem i nie mieli czasu na kolejną „akcję”. Po miesiącu znowu ruszyli na łowy. Zamordowali sześcioosobową rodzinę w domu, położonym dosłownie kilometr od miejsca poprzedniej zbrodni.

Ich morderczy szlak nie ograniczał się do Kurska. Zabijali w Smoleńsku, Kałudze i wsiach pod Moskwą, aż w końcu postanowili sięgnąć po stolicę. Półtoraroczną serię zbrodni przeżyła tylko jedna osoba – 11 letnia Christina, która podczas napadu wlazła pod łóżko i wpadła do piwnicy przez spróchniałe deski w podłodze. Tylko dzięki niej funkcjonariusze bezradnej milicji zdołali dowiedzieć się, jak wyglądają ludzie, których od miesięcy bezskutecznie poszukiwali.

Tymczasem banda rosła w siłę. Kotow rozsmakował się w mordowaniu. Jak później zeznawał, nie było w nim ani współczucia, ani wyrzutów sumienia. Po wszystkim spokojnie zasypiał. Morozow z kolei z każdym kolejnym napadem stawał się coraz bardziej brutalny. Już nie wystarczało mu zabijanie. Brutalnie gwałcił wszystkie swoje ofiary płci żeńskiej, a ojców i mężów zmuszał, by na to patrzyli przed śmiercią. Winokurowa cieszyła się życiem i pieniędzmi.

Z czasem zaczęli brać „na akcję” znajomych przestępców. Niektórych z nich też zabijali, gdy obawiali się, że mogą być niedyskretni. Podobnie jak paserów, przez których sprzedawali zrabowane przedmioty. Mordowali nawet zwierzęta, znajdujące się w okradanych domach – nie zostawiali przy życiu nikogo. Okrucieństwo i częstotliwość napadów było tak potężne, że w niektórych miastach dochodziło do buntów przeciwko bezradności władzy. Niektórzy zdesperowani mieszkańcy wyprowadzali się do innych regionów kraju albo przenosili się do rodziny, byle nie paść ofiarą napadu. Nigdy jednak większa liczba osób w domu nie powstrzymała bandy przed zbrodniami.

W sierpniu 1922 roku Wasilij Kotow zaczął obawiać się swojego wspólnika. Morozow coraz głębiej zaglądał do kieliszka i zaczął niebezpiecznie głośno chwalić się swoją nieuchwytnością. Im bardziej w okolicy huczało od plotek i strachu przed bezwzględną bandą, tym bardziej był dumny ze swoich „dokonań”. Dlatego 23 września, podczas wyprawy do podmoskiewskiej miejscowości Andriejewka Wasilij strzelił wspólnikowi w tył głowy. Morozow zginął na miejscu, nie wiedząc nawet, że zabił go jego druh.

Śmierć Grigorija nie powstrzymała Kotowa, planował kolejne napady. Właśnie szykował się do kolejnej akcji, gdy do jego moskiewskiego mieszkania wparowali funkcjonariusze Moskiewskiego Wydziału Kryminalnego (MUR). Okazało się, że wydał go jeden z dawnych wspólników, 19-letni Iwan Kryłow. Chłopak został zatrzymany po tym, jak jego rysopis podała tuż przed śmiercią jedna z ofiar bandy.

W chwili zatrzymania Wasilij Kotow miał na sumieniu 116 ludzkich istnień.

Proces Kotowa, Winokurowej i Kryłowa rozpoczął się na początku 1923 roku. Początkowo próbowali oskarżyć o wszystkie morderstwa Morozowa, Kotow twierdził nawet, że zamordował go właśnie dlatego, że zaczął się obawiać jego agresji, ale sąd – a raczej trybunał rewolucyjny, który w tym czasie zastępował wymiar sprawiedliwości – nie uwierzył tym zeznaniom. Cała trójka została skazana na karę śmierci. Wyrok natychmiast wykonano.