Powietrze po burzy

Powietrze po burzy

Spojrzałam w okno, burza powoli odchodziła w zapomnienie. Powietrze po burzy jest idealne, z resztą wiecie, o czym mówię. Ta świeżość, delikatny powiew wiatru, jak było mi dobrze. Spojrzałam na zegarek, dochodziła 18:30, mojego męża nie było jeszcze w domu. Niby mnie to nie zaskoczyło, ale jak mam być szczera zaskoczenie pojawiło się później. Uznałam, że skoro jestem sama w domu, nie mam nic do roboty i nie mam ochoty czekać w samotności, wybiorę się na spacer. Zachęcała pogoda, ale nie tylko, zachęcało wszystko. Nic nie wskazywało, że będzie to spacer, którego nie zapomnę nigdy w życiu.

Wychodząc, zostawiłam kartkę mężowi, że niedługo wrócę i liczę wieczorem na seans z dobrym winem w tle. Pisząc to nawet się uśmiechałam, lubiliśmy robić sobie małe głupkowate prezenty, bawiło to nas. Zamknęłam drzwi, założyłam słuchawki na uszy i schodząc w dół z szóstego piętra kiwnęłam „dzień dobry” sąsiadowi, który wracał z pracy. Nic nie zapowiadało, że niedługo moje życie zmieni się na zawsze. Na dworze wiał delikatnie wiatr, jaka ja byłam szczęśliwa, niczego nieświadoma. Stwierdziłam, że pójdę do parku. W parku obok naszego domu jest piękny staw, czasem można tam popatrzeć na łabędzie, które leniwie pływają po tafli wody. Ptaki śpiewały, wieczorami oprócz komarów można posłuchać koncertu żab. Lubiłam to miejsce, miało swój urok o każdej porze roku. Słuchałam muzyki, kochałam te momenty w których byłam sama dla siebie, muzyka, przyroda, można na chwilę zapomnieć o tym, że to nie środek miasta, tylko miniraj na ziemi. Było mi dobrze, błogo. I tak mogłabym zakończyć moją historię.

Obudziłam się w szpitalu, pamiętam, jak światło raziło mnie po oczach. Zapach unoszący się w pomieszczeniu budował napięcie grozy, źle mi się szpitale kojarzyły. Nie rozumiałam, gdzie jestem, co się ze mną dzieje. Czułam suchość w gardle, ból głowy był nie do zniesienia, chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Usłyszałam jak cała aparatura zaczęła piszczeć i nagle pojawili się w koło mnie jacyś ludzie. Mówili do mnie, nie rozumiałam ani słowa. Bałam się, poczułam zimną dłoń na moim policzku, potem nie pamiętam już nic. Nie wiem, ile później obudziłam się ponownie, było ciemniej, ale poza tym nic się nie zmieniło. Łatwiej mi się oddychało, ale czułam tą straszną suchość w ustach. Chciałam się ruszyć, ale miałam ogromne problemy, ruszyłam dłonią, moje ciało uznało to za wyczyn, bo poczułam się tak zmęczona, jakbym biegła całą noc. Leżałam w ciszy patrząc w sufit, próbowałam przypomnieć sobie jakiekolwiek szczegóły. Dlaczego jestem tu, gdzie jestem, co się stało, ale nic poza ostatnimi chwilami z domu i sprzed bloku. Leżałam tak kilka godzin. W sumie nie wiem ile, może to kilka minut, nie miałam poczucia czasu. Zaczęłam zastanawiać się, gdzie jest mój mąż i kiedy będę mogła z nim porozmawiać. Strach był ogromny.

Kolejny raz kiedy się obudziłam, znowu oślepiło mnie światło, więc uznałam, że to dzień. Próbowałam coś powiedzieć do kobiety, która stała obok moje łóżka, nie znałam jej, ale próbowałam, dałam radę tylko coś jęknąć, jakby ktoś założył mi jakąś blokadę. Kobieta spojrzała na mnie i odeszła. Wróciła z lekarzem. Powoli, lecz z należytą starannością, pan z miłym głosem, tłumaczył mi co się stało, jak doszło do wypadku i z jakiego powodu jestem tutaj, gdzie jestem. Słuchałam go, ale nie wierzyłam. Nie rozumiałam dlaczego moja głowa wyparła to, próbowałam sobie coś przypomnieć, ale niestety nie dałam rady, nie mogłam za wiele też mówić, usłyszałam, że to normalne i, że powinnam uzbroić się w cierpliwość, bo z każdym dniem będę się czuła coraz lepiej. Popatrzył na kobietę obok, miałam przeczucie, że coś jest nie tak i nie mówią mi wszystkiego. Zasnęłam.

Moja kolejna pobudka była  wprawdzie lepsza, pomimo że nie zrobiłam nic oszałamiającego, ale mogłam zacisnąć dwie dłonie, nawet jedną uniosłam do góry. Świat się nie skończył, mówiłam sobie, otwierałam i zamykałam usta, mogłam coś powiedzieć, takie niby bzdury cieszyły mnie najbardziej. Dalej zastanawiałam się, kiedy mój mąż mnie odwiedzi, kiedy będę mogła już pójść do domu. Miałam dziwaczne marzenia, że spędzimy wieczór przy winie, że może mi w końcu opowie, co się stało, no i powie, gdzie był tamtego dnia, kiedy ja wychodziłam na ten spacer. Nie czułam się źle, nie miałam nawet za złe, że go nie było, wymyśliłam sobie, że zaraz poczuję się lepiej, a moje życie będzie wyglądało jak wcześniej. Byłam zmęczona, ostatnie dni to pasma pobudek i zaskoczeń. Nie sądziłam jeszcze wtedy, że największe zaskoczenie jeszcze na mnie czeka.

Kolejne obudzenia i zaśnięcia mogłabym Wam tu wyliczać w nieskończoność. Jednak to najważniejsze, zapamiętałam. Wiele rzeczy wracało do normy, moja psychika dłonie, mówienie. W końcu nadszedł czas na nogi. Jeden dzień nic, kolejny nic, w końcu zapytałam, o co chodzi. Wiedziałam że oni coś ukrywają, patrzyłam im w oczy, a te ich oczy błądziły wszędzie, tak żeby nie spotkać się z moimi i ta kobieta, która nie wiadomo, kim była, ani to pielęgniarka, ani sprzątaczka. Zapytałam, kiedy dół mojego ciała wróci do stanu używalności, bo chce wracać do domu. Długo patrzyłam po całej sali, do momentu jak nie usłyszałam diagnozy, nie zobaczyłam w tle wózka. Mój świat na kilka sekund przestał istnieć, ja nawet nie wiem, co oni mówili, co mówiła do mnie ta kobieta, nie słuchałam, nawet nie chciałam słuchać. Czułam się, jakby ogromny nóż przebił moją pierś, a ja nie mogłam złapać tchu. Kazałam im wyjść, moje oczy nie chciały widzieć, moje uszy nie chciały słyszeć, moje usta nie chciały mówić. Płakałam kilka ładnych godzin. Oczy mi zapuchły i jedyne, co miałam w głowie, to, że to koniec, że mnie nie ma, że to niesprawiedliwe. Kolejne dni spędziłam w ciszy, nie mówiłam, nie pytałam, nie chciałam nic.

Przeniesiono mnie na inną salę, odwiedzali mnie jacyś goście, mężuś się pofatygował, koleżanki przyszły mnie denerwować. Miałam żal do rodziców, do nich wszystkich razem i do każdego z osobna. Jak tak o tym myślę, to nie wiem nawet, o co był ten żal. Może to nie żal, może to zazdrość. Sama nie wiem. Nie chciałam, żeby ktoś mnie dotykał, nie chciałam się przebierać, nie chciałam ćwiczyć. Po co? Co to miało zmienić. To wszystko było niesprawiedliwe. Miałam w sobie tyle goryczy, złości, żalu. Nienawidziłam siebie i innych. Niewiele się zmieniło po powrocie do domu. Przejeżdżałam obok tego parku, jego widok był jeszcze gorszy niż szpital. Mieszkanie, widok wina, telewizji, współczucie męża. Nienawidziłam, tak, nienawiść to najlepsze określenie. Zaczynałam życie od nowa, ba ja dalej je zaczynam, nie ruszyłam z miejsca.

Wiele wątków pominęłam celowo. Chciałam opowiedzieć o uczuciach, nie faktach. Mam nadzieję, że zaczniecie bardziej doceniać to, co macie, bo nie znacie dnia i nie macie pojęcia o godzinie. Wasze życie może się zmienić i już nigdy od tego momentu nie będzie takie samo. Moje nie będzie, staram się zrozumieć sytuację i nauczyć się jej na nowo, ale jak na razie nie wychodzi mi to. Pierwszy krok to zmiana, która powinna zajść w głowie. Kiedy będę w stanie dokonać tej zmiany – nie wiem, czas pokaże. Do dziś powietrze po burzy powoduje wściekłość.