Praca z tyranem

Praca z tyranem

Kiedy wróciłam do domu, rzuciłam telefonem tak mocno, że widziałam tylko kątem oka jak uderzył o ścianę. Rozbił się na tysiąc kawałków, spojrzałam na biurko zobaczyłam komputer, chciałam zrobić z nim dokładnie to samo, ale się pohamowałam. Przecież ta praca to Wszystko, co na ten moment mam i jednocześnie wszystko, z czym mogę utożsamić całe zło tego świata. Człowiek, który próbował mnie zniszczyć, był ze mną każdego dnia przez kilka godzin, a moimi atrybutami w tym cholernym piekle był telefon, laptop. Moje życie, to życie w ciągłym stresie i strachu, to koszmar, to coś, czego nie życzę nikomu, a to coś, co mnie spotkało i trwało przez kilka lat, to jak życie w piekle jeszcze za życia, kiedy każdego dnia próbujesz sobie wytłumaczyć, dlaczego jesteś w tej sytuacji. Zacznijmy od początku.

Moje kierownicze stanowisko było moim marzeniem od zawsze. To takie miejsce, w którym człowiek mógł spełnić swoje najskrytsze marzenia. Jako mała dziewczynka zawsze patrzyłam na panie w garniturach z teczkami, torebkami, pięknie ubranymi, z telefonami w dłoni. Patrzyłam na nie jak na jakieś boginie, niektóre jakimś dziwnym trafem dostały się do naszego ziemskiego środowiska. Chciałam taka być. Ciężko pracowałam na studiach, żeby dostać swoją wymarzoną pracę, aby zostać panią w garniturze, która w moim przekonaniu była panią i władczynią tego świata. Nikt wtedy mi nie powiedział, że ta pani w garniturze, może mieć takie ciężkie i trudne życie, że taka pani w garniturze może spotkać na swojej drodze kogoś, kto będzie za wszelką cenę każdego dnia próbował jej udowodnić, w jakiej beznadziejnej sytuacji jest. Byłam naiwna. Bardzo chciałam być kimś takim i pewnego dnia założyłam swój garnitur.

Zaraz po studiach zaczęłam pracę. Już pierwszego dnia poczułam, że to nie będzie łatwy moment w moim życiu, ale uznałam, że każdy człowiek, którego spotyka się na swojej drodze, uczy nas czegoś. Jest naszym drogowskazem, ale też wzmacnia nasz charakter. Jaki ja miałam słaby charakter albo nie wiem, co się wydarzyło, że pozwoliłam komuś takiemu deptać moje poczucie własnej wartości, dawać mi każdego dnia do zrozumienia, że jestem zerem, bo tak właśnie o sobie pomyślałam. Pierwszego dnia usłyszałam, że moja praca ma być najważniejszym punktem mojego życia, żeby myśleć tylko o niej. To co najbardziej mnie zdziwiło to zdanie, że mam używać mózgu, kiedy pracuję. To tak jakby ludzie tego nie robili tak normalnie… nie wiedziałam wtedy, że od tego dnia przez kilka kolejnych miesięcy, a nawet lat, każdego dnia będę słuchać,  że mój mózg pojechał na wakacje. Boże!, jaka ja byłam naiwna, jak bardzo pozwoliłam sobie wejść na głowę, kolejne dni mijały w ciągłej pracy od rana do wieczora. Tony przerzucanych papierów, tony podpisów, tony analiz, byłam z siebie z jednej strony dumna, bo dostałam bardzo poważne stanowisko, ale już po tygodniu czułam się zmęczona. Nie wypalona, to nie ten moment, kiedy czujesz, że to nie to, tylko tak zwyczajnie, jesteś niewyspany. Nie wiedziałam, że 6-dniowy tydzień pracy może ciągnąć się jak sześciomiesięczny ciężki okres.

Po miesiącu wydawało mi się, że w ogóle zapomniałam, czym jest spanie, a najbliżsi przyjaciele zapomnieli, że w ogóle istnieję. Nie miałam czasu na odbieranie telefonów, na pisanie smsów. Żyłam na kawie i energetykach, bo chciałam udowodnić, że jestem warta tego stanowiska. Mój przełożony był bezlitosny, każdego dnia czułam się jak zero. Każdego dnia, mimo tego, że walczyłam i chciałam dawać z siebie wszystko, dla niego było ciągle za mało. Był ode mnie starszy, ale tak naprawdę może o kilka lat. Nie miał jakiegoś wielkiego stażu w naszej firmie, ale był przełożonym i chyba tylko to go wyróżniało. Nie wiem, w jaki sposób dostał to stanowisko, bo jak patrzyłam na jego błędy językowe, miałam wrażenie, że chłopak nigdy nie mówił dobrze po angielsku. Jednak każdego dnia z uporem maniaka przypominał mi, gdzie moje miejsce, wracałam do domu zmęczona albo w ogóle do niego nie wracałam, często kimałam na biurku, żeby tylko zdążyć. Nigdy nie było dobrze, im bardziej chciałam, żeby było, tym było trudniej. To za późno, to za wolno, tamto źle sformułowane, to źle poprawione, tutaj mnie nie było, chociaż powinnam wiedzieć, że mam tam być. Zaczynałam się zastanawiać, czy mam być jakąś cholerną wróżką, która ma wywróżyć, co akurat jeszcze w tym momencie on chce. Nie byłam wróżką. Znużyły mnie te rozmowy motywacyjne, które tak naprawdę były żadną motywacją. Człowiek bardziej zastanawiał się, co złego jutro zrobi, niż co zrobi dobrego. To nie była normalna praca, zaczęłam zastanawiać się, czy w ogóle się do tego nadaję. Czy 5 lat studiów, kilka lat praktyk zagranicznych, różnego rodzaju kursy, kilka języków, świetne przygotowanie do zawodu, nagle wszystko stanęło pod jednym wielkim znakiem zapytania. Przecież tyran nie widział we mnie człowieka.

Nie wiem, co musiałoby się wtedy stać, żebym była w stanie odejść sama. Moja duma mi nie pozwalała, a może tak po prostu z jednej strony wiedziałam, że muszę pracować, bo jakoś muszę się utrzymać. A z drugiej strony wiedziałam, że ktoś bardzo mnie niszczy. Nie opowiadałam o tym nikomu, kto uwierzyłby, że w zaciszu szklanego pokoju, słuchałam wszystkich wyzwisk tego świata. Miałam wrażenie, że sama bym nie uwierzyła komukolwiek, kto stanąłby przede mną i powiedział, że każdego dnia słucha, jaki jest kiepski, jaki jest do bani, jak wszystko potrafi zepsuć. To są naprawdę piękne słowa, które do was mówię. Generalnie uwierzcie mi, że to tak nie brzmiało. Próbowałam sobie coś udowodnić, chyba tak naprawdę to próbowałam udowodnić jemu, że się myli i myślę, że nigdy nie byłby ze mnie dumny, nigdy by nie powiedział, że przynajmniej coś jest dobrze, bo o dumie to już nawet nie chciałam wspominać. Pewnego dnia wróciłam do domu rozżalona, tak strasznie rozżalona na cały świat, upiłam się. Leżałam na łóżku patrząc w sufit, byłam tak zmęczona, że kilka kieliszków wina, nie zmieniło zbyt wiele w moim życiu. Leżałam i patrzyłam. Następnego dnia spóźniłam się do pracy i usłyszałam, że skoro po tych wszystkich miesiącach dalej nie jestem w stanie uszanować swojego stanowiska i wszystkiego tego, co on dla mnie zrobił razem z tą firmą, to mam zabrać swoje rzeczy. Z jednej strony poczułam ulgę, sama chyba nigdy w życiu bym nie dała rady stamtąd odejść. Za bardzo się bałam poszukiwania nowej pracy, a z drugiej strony taka byłam wściekła, że oddałam tyle czasu komuś, kto na to zupełnie nie zasługiwał. Komuś kto zniszczył moje poczucie własnej wartości, kto mnie tak zwyczajnie zmienił na zawsze. Kilka lat terapii spowodowało, że zaczęłam na nowo patrzeć na siebie inaczej.

Jedyne, czego ten okres mnie nauczył to to, że są na świecie ludzie, którzy będą próbowali mi udowodnić, że niewiele znaczę, ale moja siła i moje możliwości biorą się z mojego wnętrza, bo to tam jestem najsilniejsza. Życzę wam, abyście nigdy nie spotkali osoby, która zburzy ten mur, który wybudowaliście w sobie, bo każdy z nas zasługuje na to, by być sobą. Ciężko pracując jesteśmy w stanie przenosić góry, nie pozwalajmy ludziom użyć siebie, ot tak, w imię idei jakiejś firmy lub zaspokojenia własnych potrzeb. Ja popełniłam ten błąd raz, więcej tego nie zrobię i wam tego też życzę.

Paulina Oleśkiewicz — kobieta nieszablonowa, szukająca swojej drogi i samej siebie. Zakładała firmy i je traciła, otarła się o wojsko, pracowała na budowie, cały czas największą przyjemność sprawiało jej słuchanie ludzi. I tak dotarła do miejsca, w którym jest teraz — realizuje się w life coachingu, ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Z powodzeniem pisze i nadal szuka.