Pralnie publiczne w Ameryce

Pralnie publiczne w Ameryce
Fot. Aleksandra Karkowska

Rzędy pralek automatycznych, rzędy suszarek, większych, mniejszych. Wrzucasz pranie, nastawiasz program, wrzucasz monety. Samoobsługowa pralnia publiczna to wynalazek amerykański. Bardzo przydatny, na przykład w podróży. Zawsze chciałam zrobić tak pranie, jak w amerykańskim filmie.

Pralka i suszarka w amerykańskim domu to standard. W domu tak, ale nie w mieszkaniu, zwanym apartamentem. W poszczególnych apartamentach nie ma pralek ani suszarek na wyposażeniu. Zwykle te mieszkanka są tak małe, że zwyczajnie nie ma gdzie postawić sprzętu, tym bardziej, że pralki są w Ameryce dużych rozmiarów. Czasem w budynku, np. na poziomie garażu, znajduje się wydzielone pomieszczenie z pralką i suszarką dla mieszkańców bloku. Jednak nie w każdym. Dlatego tak popularne są publiczne pralnie. I nie chodzi mi tutaj o pralnie chemiczne, gdzie oddajemy garnitur, koszulę czy płaszcz do czyszczenia, ale o pralnie, gdzie możemy wyprać swoje osobiste rzeczy.

W takiej samoobsługowej pralni znajdują się pralki, suszarki. Działa to tak, że wkładamy nasze brudne rzeczy do pralki, wlewamy płyn, wybieramy program i wrzucamy pieniądze, prawie jak w parkometrze. Opłaty zależą od wielkości wybranej pralki, od lokalizacji pralni, od jej standardu.

Pralnie są czasem wyposażone w koszyki, w których łatwiej nam przetransportować pranie z pralki do suszarki. Jeśli nie – to musimy je przenieść w naszej prywatnej torbie. I znów, by uruchomić suszarkę należy wrzucić monety. Wszystkie urządzenia uruchamiamy wrzucając „quaterki”, czyli monety o wartości 25 centów. W pralni, którą odwiedziłam, była maszyna do wymiany pieniędzy na te właśnie monety. Bardzo przydatna.

Zwykle w pralniach są blaty, na których możemy poskładać swoje pranie. Często też są miejsca, gdzie można usiąść i poczekać aż nasze pranie się wypierze.

W sobotni poranek był spory ruch, sporo osób wpadało, by wyprać ręczniki, pościel czy koszulki. Dla mnie było to ciekawe doświadczenie. Sama pralnia była miłym, czystym miejscem. Tuż obok był salon kosmetyczny, gdzie można było zrobić manicure w czasie, gdy czekamy na pranie. Była też mała kawiarnia, gdzie można było poczekać. Oczywiście czasami nie jest tak przyjemnie. Słyszałam historie, że w niektórych pralniach lepiej pilnować swojego prania stojąc tuż przy pralce czy suszarce.

Ja miałam sporą frajdę robiąc pranie w tym miejscu. Czytałam książkę i obserwowałam innych, kiedy moje ręczniki wirowały w bębnie.

Oczywiście, że dużo szybciej i wygodnej zrobić pranie, kiedy mamy sprzęt w domu. Nie musimy nigdzie jechać, czekać, itd. Jednak myślę, że takie publiczne pralnie mają swoje zalety. Na przykład kiedy chcemy wyprać kołdrę, która się nie mieści do naszej pralki. Albo kiedy jesteśmy w podróży. Co mi się często zdarza, więc w USA doceniam tę możliwość.

Aleksandra Karkowska – autorka międzypokoleniowych książek "Banany z cukru Pudru", "Na Giewont się patrzy", „Marsz, marsz BATORY", „FOTO z misiem”. Od 2015 roku prowadzi Oficynę Wydawniczą Oryginały. Działa społecznie na warszawskiej Sadybie. Kocha fotografie i podróże.