Strasznie inteligentna kobieta

Strasznie inteligentna kobieta
Fot. Pixabay

Komisarz Renata Zamojska stała na schodach z założonymi na piersiach rękami, oparta o łuszczącą się lamperię w nieokreślonym brunatnym kolorze. Na klatce schodowej starego bloku z płyty było mimo popołudniowej zaledwie pory prawie ciemno i śmierdziało mieszanką stęchlizny, moczu i czegoś jeszcze, czego nie chciała sobie nawet wyobrażać.

*Prezentujemy opowiadanie Mariusza Koperskiego, pisarza, autora m.in. powieści "Amator zbrodni. Zakopiańska powieść kryminalna" oraz "Giełda milionerów". Pozostałe opowiadania: Wielka złość, Tylko kilka słów, Żadna zbrodnia, Nie lubię żółtego, Nigdy ci nie wybaczę, To ty bracie, Coś specjalnego, Z okna pociągu, Jestem cudotwórcą, Pokuta, Jesteś pan bohaterem, Układy.

Czekała cierpliwie, aż policjanci poradzą sobie najpierw z zamkiem w drzwiach do mieszkania, a potem z wielkim dobermanem, który nie miał zamiaru nikogo wpuścić do środka.

Po kwadrancie wyprowadzili szarpiącego się psa w kagańcu. Był brudny i wychudzony. On także śmierdział.

Z mieszkania wyszedł do niej szef techników.

– Ostrzegam, w środku jest jeszcze gorzej – powiedział, krzywiąc się. – Prawdziwy horror. Nic dziwnego, że sąsiedzi wezwali w końcu policję.

Wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: To przecież nic nowego. Weszli do mieszkania.

Tuż za progiem uderzył ją w nozdrza straszny fetor rozkładającego się ciała. Instynktownie wsunęła usta i nos w szeroki kołnierz swetra,

W mieszkaniu panował niewyobrażalny brud i bałagan. Podłoga pokryta była warstwą psich kup i pogryzionych szczątków rożnych przedmiotów: gazet, ubrań, kości, jedzenia, drewnianych części mebli… W półmroku panującym w mieszkaniu trudno było je dokładnie zidentyfikować.

– Nie można tu włączyć światła? – spytała komisarz. – Wyłączyli im prąd, czy co?

– Nie, sami powykręcali żarówki – odparł szef techników.

– O Boże! – krzyknęła Zamojska, gdy coś dziwnego nagle zachrzęściło pod jej butem.

Wtedy stało się coś nieoczekiwanego: zaczęły bić zegary. Najpierw zadźwięczał jeden, głębokim, poważnym tonem, po chwili zaczęły dołączać następne, niektóre brzmiące dużo wyższymi głosami, jeszcze inne biły delikatnie, jakby miały stanowić tylko tło dla tych dudniących na pierwszym planie. Trudno było po samym biciu poznać, ile ich było. Koncert trwał dobrych kilka minut.

Zamojska włączyła latarkę i oświetliła mieszkanie. Zegary były wszędzie. Wielkie, stojące na podłodze skrzynie i inne, wiszące na ścianie,  różnej wielkości, w różnych kształtach i kolorach.

– Kurczę! – wyrwało się szefowi techników. – Na podłodze gnojówka, a na ścianach skarby.

– A gdzie właściciel? – spytała Zamojska.

– W tamtym pokoju – powiedział jeden z techników w białym kombinezonie, krzątający się po mieszkaniu. – Ktoś poderżnął mu gardło podczas snu. Tak to przynajmniej wygląda.

I tak rzeczywiście było. Na starym tapczanie leżał na wznak potężny mężczyzna. Musiał mieć prawie dwa metry wzrostu i grubo ponad sto kilo wagi. Zapadnięte, już zamglone przez rozkład gałki oczne wpatrzone były w sufit. Gardło było wielką otwarta raną. Pościel wokół niego była brunatna, prawie czarna od zakrzepłej krwi.

– No, na zawał to on nie umarł – zauważyła Zamojska.

Nagle usłyszeli dziwny dźwięk, coś jakby kwilenie albo płacz. Komisarz Zamojska wyszła z sypialni ofiary do przedpokoju i nasłuchiwała.

– Co tam jest? – wskazała na zamknięte drzwi.

– Jeszcze nie wiemy. Nie zaglądaliśmy tam.

– Jak to nie! To na co czekacie? – oburzyła się policjantka.

Drzwi były zamknięte. Oświetliła latarką ścianę obok.

– Tutaj wisi klucz – zwróciła uwagę, zataczając światłem latarki krąg. – Może to ten.

Pasował.

Otworzyli drzwi. To był mały pokój. Na środku, na brudnym dywanie klęczała stara, naga kobieta. Była blada i przeraźliwie chuda. Długie siwe włosy spływały w nieładzie na jej ramiona i plecy. Kobieta pochylała się nad kilkoma doniczkami z domowymi roślinami. Palce miała czarne od grzebania w ziemi.

Zachowywała się tak, jakby ich nie zauważyła. Po chwili uniosła jednak głowę, nasłuchując.

– Tik–tak, tik–tak, tik–tak, … powtarzała słabym ochrypłym głosem.

A potem zmieniła to na: Bim–bam, bim–bam, bim–bam…

***

– Kiedy wydaje mi się, że już widziałam wszystko i nic, absolutnie nic nie może mnie zaskoczyć, zdarza się coś takiego – powiedziała Zamojska, masując palcami skronie.

– Jest niewidoma i chyba ma alzheimera – odezwał się szef techników. – A on trzymał ją tam, zamkniętą w tym pokoju co najmniej od kilku lat. Wcześniej, jak jeszcze cokolwiek widziała, wychodziła czasami sama na spacer albo na zakupy. Tak twierdzą sąsiedzi. Ale od kiedy całkiem oślepła, traktował ją jak niewolnicę. Jest zaniedbana i zagłodzona. Nigdy nie było tam żadnego lekarza. Oszczędzał na wszystkim oprócz tych jego zegarów.

– Czyli co? Ktoś włamał się do mieszkania i zabił kolekcjonera zegarów? A potem zamknął drzwi od zewnątrz? A ona nic nie widziała i nie może nam nic powiedzieć, bo w ogóle nie wie, co się wokół niej dzieje?

Szef techników podrapał się w głowę.

– No, na to wygląda.

Pokręciła głową z dezaprobatą.

– A jednak coś tu nie gra – powiedziała. – Czegoś brakuje.

– Czego?

– Motywu.

– A może morderca ukradł jakiś szczególnie cenny zegar? – zastanawiał się szef techników.

– Może. A może motyw jest bliżej niż myślimy? Zamknięty za tymi drzwiami… w tym małym pokoju...

– Naprawdę? Podejrzewa ją pani? – zdziwił się szef techników.

– I tak, i nie. Gdyby mnie ktoś tak potraktował, sama bym go ukatrupiła. Ale jak miałaby tego dokonać? Lekarze potwierdzili przecież, że nie widzi.

– Poza tym, co z narzędziem zbrodni? – spytał mężczyzna. – Nie znaleźliśmy w pokoju żadnego noża.

Ale to wszystko nie przekonywało Zamojskiej.

– Jeśli zamykał ją z zewnątrz, po co wyjmował klucz z zamka i wieszał go obok drzwi? – pytała. –Kto tak robi? Nie wygodniej, kiedy jest cały czas w zamku? I jeszcze: kiedy tam weszliśmy, była całkiem naga. Gdyby poderżnęła mu gardło…

– Jej ubranie uwalane byłoby krwią – dokończył mężczyzna, kiwając ze zrozumieniem głową.

– No i jeszcze to – powiedziała komisarz, wskazując na zdjęcie wyświetlone na monitorze. – Co to jest według pana?

Szef techników pochylił się nad monitorem.

– To ślady psich pazurów na boazerii – ocenił. _– Widziała pani tego dobermana… Ale byk.

– Pięć równoległych wyżłobień? Takie regularne? Jakby pan miał psa, to wiedziałby pan, że to tak nie wygląda.

– Więc co to jest?

– Nie wiem. Ale na wszelki wypadek, niech pana ludzie przeszukają dokładnie trawnik pod oknem jej pokoju.

– Ten przy parkingu? Czego szukamy?

– A jak pan myśli?

***

Tomasz Pawlik sprawnie jakby miał lat dwadzieścia pięć, a nie czterdzieści, wskoczył na pakę swojego volkswagena transportera. Od razu zauważył dziwne zawiniątko leżące przy prawej burcie, prawie przy samej szoferce.

Wziął je do ręki, rozwinął i zaklął pod nosem. Zawiniątko było jakąś częścią garderoby, na pierwszy rzut starą znoszona sukienką, dodatkowo z wieloma plamami, chyba krwi. Poza tym w środku był spory kuchenny nóż i zwykły klucz do zamka w drzwiach.

– Co jest? – spytał na głos sam siebie. – Skąd to?

Jeździł dziś cały dzień, parkował w dziesięciu miejscach, cholera wie, kiedy ktoś mu to wrzucił na pakę.

W pierwszym odruchu sięgnął po komórkę, żeby zadzwonić na policję, ale zanim zaczął wybierać numer, naszły go wątpliwości.

Jak to zgłosi, będą go o coś podejrzewać. Krew, nóż, to może być jakaś grubsza sprawa, a on nie potrzebuje kłopotów.

Rozejrzał się. W oddali zamajaczył osiedlowy śmietnik. Zeskoczył z paki, trzymając zawiniątko. Wrzucił je do zmieszanych.

***

– Nie do wiary, kurczę! – wykrzyknęła dziewczyna czytająca gazetę.

– Co tam pani wyczytała? – spytała fryzjerka.

Dziewczyna pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Ale historia! Tu piszą o morderstwie takiego kolekcjonera zegarów. Ja chyba u niego byłam w domu.  To znaczy, właściwie u jego żony.

Fryzjerka przerwała na chwilę strzyżenie klientki i spojrzała na nią zaciekawiona.

– Jak to? – spytała.

– Pracowałam wtedy jeszcze w opiece społecznej. To było z miesiąc temu. I wysłali mnie do takiej jednej biednej kobiety. Niewidoma, mieszkała w bloku z mężem. A ten mąż, to był prawdziwy świr. Wszystkie pieniądze wydawał na stare zegary, a ją traktował jak więźnia, głodził i upokarzał. Ale akurat się zdarzyło, że dostał zapalenia wyrostka robaczkowego i musiał iść do szpitala. Ktoś zawiadomił opiekę, że ona została sama w domu i mnie do niej wysłali.

Mówię pani, taka fajna babka, a on ją tak traktował. Na nic jej nie pozwalał, wykorzystywał, że nic nie widzi. A ona by sobie poradziła mimo tej ślepoty, tylko ktoś jej musiałby pomóc.

– A pani jej coś pomogła?

– No jasne! Dorobiłam jej na przykład klucz do tego jej pokoju, żeby mogła wyjść przynajmniej, kiedy go nie ma w domu. Poza tym wymyśliliśmy taki system oznaczenia w mieszkaniu, żeby ona po dotyku wiedziała, gdzie jest i mogła się poruszać. Takie wyżłobienia na boazerii zrobiliśmy w całym mieszkaniu, wie pani? Wyglądały jakby pies podrapał, żeby ten tyran nie zwrócił  na to uwagi.

– Niesamowite! – wykrzyknęła poruszona do głębi fryzjerka.

– Ano niesamowite. Bo to naprawdę była strasznie inteligentna kobieta. Mówię pani, strasznie inteligentna!