"Twoja żona siedzi na złotych jajkach". To dało im do myślenia...

"Twoja żona siedzi na złotych jajkach". To dało im do myślenia...

Miła i sympatyczna pracownica słynnego Ermitażu w Petersburgu latami wynosiła z muzeum cenne i niepowtarzalne eksponaty, które jej mąż sprzedawał zaprzyjaźnionemu antykwariuszowi. Wpadła dopiero wtedy, gdy nowy naczelnik zarządził kontrolę. Kradzież 221 cennych przedmiotów rosyjskie media okrzyknęły "kradzieżą stulecia". Za chęć szybkiego i łatwego zarobku kobieta zapłaciła najwyższą cenę, a jej mąż na wiele lat trafił do więzienia.

Larysa Zawadska do pracy w Ermitażu trafiła przypadkiem. Niedawno skończyła studia na wydziale historii uniwersytetu w Leningradzie, od kilku lat miała dziecko i męża – również historyka. Od koleżanki ze studiów dowiedziała się o posadzie w dziale księgowo-magazynowym. Co prawda płacili zaledwie 60 rubli (równowartość ok. 1200 zł obecnie), ale prestiż takiego miejsca jak Ermitaż, jedno z najsłynniejszych muzeów świata, działał na 24-letnią Larysę jak magnes. Zresztą, nie potrzebowała wiele do szczęścia. Jej mąż odziedziczył po rodzicach dwa pokoje w trzypokojowym mieszkaniu komunalnym w samym centrum "północnej stolicy" ZSRR. Trzeci pokój najpierw zajmowała daleka krewna męża, jednak po kilku latach sprzedała pokój samotnej matce, pielęgniarce. Czasem pomiędzy kobietami wybuchały awantury, kiedy synek Larysy, Kola, jeździł z okrzykami radości na rowerku po długim wspólnym przedpokoju właśnie wtedy, gdy sąsiadka odsypiała nocny dyżur. Wtedy jednak do akcji wkraczał Nikołaj, mąż Larysy, zażegnując konflikt czekoladkami.

Larysa miała jednak inny duży problem. Serdecznie nienawidziła życia w "komunałce" – marzyła, by mieć swój kąt, która mogłaby urządzić po swojemu, nie oglądając się na innych. W którym mogłaby czuć się naprawdę jak u siebie. Praca w Ermitażu, wśród tysięcy pięknych przedmiotów, bibelotów i eksponatów, których widokiem mogła się napawać, łagodziła nieco jej zdenerwowanie. Jej strategią od początku pracy w muzeum była niezbędność. Godziła się na każdą, nawet najnudniejszą pracę. Godzinami opisywała muzealne skarby, tworzyła katalogi, przenosiła ciężkie eksponaty i organizowała transport wypożyczonych dzieł na wystawy w innych muzeach. W 1985 r. awansowała i zaczęła pracować w tzw. sekcji eksponatów rosyjskich (dziale historii kultury rosyjskiej), w którym odpowiadała m.in. za ikony, przedmioty służące do odprawiania prawosławnych służb (mszy – red.), oraz takie skarby, jak słynne jajka Faberge.

Larysa szczególnie lubiła pracować w niedziele, kiedy do Ermitażu przychodziło wielu turystów, a jednocześnie pomieszczenia służbowe były niemal puste. Do pracy często zabierała syna, który miał niepowtarzalną okazję uczyć się historii wśród przedmiotów z epoki – niezależnie od tego, czy chodziło o starożytny Egipt (wśród zbiorów Ermitażu znajduje się np. jeden z nielicznych zachowanych posągów Kleopatry), czy panowanie Katarzyny Wielkiej. Larysa była jedną z tych matek, które gotowe są przychylić synowi nieba i usunąć spod jego nóg wszelkie przeszkody, jednocześnie nie mając wobec dziecka żadnych wymagań, dlatego Kola postrzegany był przez jej współpracowników jako rozpieszczony maminsynek. Zrobiłaby dla niego wszystko.

Sielanka trwała do 1993 r. Wtedy, dwa lata po rozpadzie Związku Radzieckiego, okazało się, że wiele zakładów, fabryk i instytucji sfery budżetowej ma problem z wypłacalnością. I choć w Ermitażu nie było problemów z pensjami, mąż Larysy mocno odczuwał wątpliwy urok przemian ustrojowych. W rodzinie Zawadskich nastały ciężkie czasy. Okazało się, że Larysa choruje na cukrzycę. Nikołaj zapadł na astmę, która z roku na rok coraz mocniej dawała mu się we znaki. Tymczasem pieniędzy brakowało nie tylko na leki, ale nawet na jedzenie.

Pewnego dnia Nikołaj Zawadski, pracownik instytutu wychowania fizycznego, głośno narzekał na brak stabilności finansowej w gronie kolegów z pracy. Po chwili jeden z nich, Iwan Sobolew, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej odebrał dyplom historyka, zaczepił Nikołaja.

- Jak możesz narzekać na brak pieniędzy, kiedy twoja żona dosłownie siedzi na złotych jajkach? – zapytał Sobolew, mając na myśli jajka Faberge. Zawadski początkowo nie zrozumiał, o co chodzi. Sobolew wyjaśnił mu, że pochodzi z rodziny z tradycjami antykwarycznymi, doskonale zna się na antykach, ma krewnego, który mógłby pośredniczyć w sprzedaży dzieł wyniesionych z Ermitażu…

Władze Ermitażu od lat szczyciły się, że mogą całkowicie ufać swoim współpracownikom. Legenda głosiła, że nawet w czasach II wojny światowej i trwającej ponad 900 dni blokady Leningradu przez Niemców ze zbiorów muzeum nie zginął ani jeden eksponat. Dlatego początkowo Larysa i Nikołaj odrzucili pomysł Sobolewa. Zawadska jednak marzyła o tym, by syn otrzymał staranne wykształcenie na prywatnej uczelni, no i chciała w końcu wyprowadzić się ze znienawidzonej "komunałki", w której wciąż mieszkali. Podjęli decyzję, że zaryzykują. Uznali, że nikt w muzeum, w którym zgromadzono ponad 3 mln eksponatów, nie zauważy zniknięcia jednej ikony. Zresztą Larysa z własnego doświadczenia wiedziała, że kontrole w dziale rosyjskim zazwyczaj są tylko formalnością, nikt nie sprawdza, czy eksponaty faktycznie są na swoim miejscu.

Akcja przebiegła zaskakująco bezproblemowo. Jedna z ikon z magazynu "wyszła" z Ermitażu w torbie na zakupy. Zaprzyjaźniony z Sobolewem antykwariusz wycenił ją na 2.5 tys. dol. – w latach 90. była to kosmiczna kwota dla rodziny pracowników sfery budżetowej. Tak "łatwo" zarobione pieniądze sprawiły, że Larysa po kilku miesiącach zdecydowała się ukraść kolejny eksponat – tym razem XVIII-wieczny inkrustowany szlachetnymi kamieniami kielich używany podczas nabożeństw w kościele prawosławnym.

Małżonkowie umówili się, że w razie wpadki, dla dobra syna, Larysa będzie negować wszelki udział w procederze. Całą winę miał wziąć na siebie Nikołaj. Dlatego też to on nosił do antykwariatów skradzione precjoza, to on rozmawiał z Sobolewem i to na jego konto szły wszystkie zakupy, dokonywane za pieniądze z kradzieży. On też pomagał żonie wynosić cięższe lub większe przedmioty. Z czasem Larysa zaczęła otrzymywać konkretne zamówienia na skarby z Ermitażu. Wynosiła z pracy katalogi eksponatów, a kupujący wybierali z nich to, co chcą otrzymać. Często ceny muzealnych eksponatów były znacząco zaniżane, np. carska zastawa do kawy z wizerunkiem Kremla o wartości 80 tys. dol. została sprzedana koleżance Larysy za 3 tys. dol.

W sumie Larysa i jej mąż wynieśli z Ermitażu 221 zabytkowych eksponatów. Co ciekawe, wielu pracowników muzeum widziało lub podejrzewało, że Zawadska wynosi z muzeum torby pełne szczelnie zapakowanych przedmiotów. Była jednak tak lubiana, a jednocześnie tak lojalna wobec koleżanek i kolegów, że nikt nawet nie zasugerował szefostwu, że w dziale rosyjskim może dochodzić do jakichś nieprawidłowości.

Wszystko zmieniło się w sierpniu 2006 r., gdy naczelnikiem wydziału historii kultury rosyjskiej został młody badacz Wiaczesław Fiodorow. Zgodnie z przepisami, miał dokonać inspekcji 11 tys. przedmiotów i podpisać dokumenty potwierdzające, że wszystkie te zabytki znajdują się w magazynie i od tej chwili to on odpowiada za ich stan. Początkowo Larysa nie przejęła się kontrolą, była przekonana, że wzorem poprzednich naczelników nowa "miotła" będzie szanować swój czas i ograniczy się do uproszczonych formalności. Kilka dni po rozpoczęciu kontroli wyniosła z muzeum cenny krzyż i relikwiarz. Okazało się jednak, że Fiodorow bardzo odpowiedzialnie podchodzi do swoich zadań i skrupulatnie sprawdza wszystkie zakamarki magazynu. Larysa na wszystkie sposoby odsuwała termin kontroli w podległej jej kolekcji. Brała urlop na żądanie, później była na zwolnieniu, rozpaczała z powodu rzekomej śmierci krewnego, a później twierdziła, że musi zorganizować ślub swojego syna. Syn Kola był bezrobotny, ponieważ, jak otwarcie mówił na rozmowach kwalifikacyjnych, pracować mu się nie chce, tylko rodzice nalegają. Nie miał jednak wątpliwości, że może zamieszkać z żoną w jednym z pokojów "komunałki".

Wiaczesław Fiodorow miał w końcu dość zwodzenia przez Zawadską i pewnego dnia zjawił się w gabinecie Larysy z niezapowiedzianą kontrolą. Kobieta uświadomiła sobie, że za chwilę wyjdą na jaw wszystkie braki w magazynie i nie miała pomysłu, jak wybrnąć z sytuacji. Zdenerwowała się tak bardzo, że dostała zawału i zmarła we własnym gabinecie w wieku zaledwie 46 lat. Jej śmierć była szokiem dla współpracowników. Kolejnym było odkrycie kradzieży kilkuset eksponatów. Fiodorow od razu powiadomił odpowiednie służby. Śledztwo w sprawie "kradzieży stulecia", jak okrzyknęła działanie sprawców prasa, wykazało, że za wynoszenie eksponatów z Ermitażu odpowiada nie tylko Larysa, ale też jej mąż. Co ciekawe, na wieść o zniknięciu cennych przedmiotów z muzeum i opublikowaniu listy skradzionych rzeczy do Ermitażu wróciło ponad 30 eksponatów. Śledczych zaskoczyło też to, że w domu Zawadskich nie znaleziono śladu, który by potwierdzał obrót dużymi kwotami pieniędzy. Wszystko, co "zarobili", Zawadscy wydawali na studia swojego syna, wysokiej jakości produkty spożywcze i telewizor. W rodzinie był tylko jeden samochód – używany Mercedes, który miał służyć Nikołajowi juniorowi do podwożenia przypadkowych pasażerów i staranie się o pracę w znanej korporacji taksówkarskiej. Zakup części auta został sfinansowany pożyczką.

Podczas śledztwa zatrzymano nie tylko Nikołaja Zawadskiego, ale też jego syna, antykwariusza oraz Iwana Sobolewa, nie udowodniono im jednak udziału w procederze. Jedyną skazaną w sprawie kradzieży w Ermitażu osobą był mąż Larysy. Szeptano, że to ona była mózgiem całej operacji, że miała zgodę i kuratelę kogoś ważnego, kto przed ponad 10 lat procederu pilnował, by nie padło na nią żadne podejrzenie.

W marcu 2007 r. Nikołaj Zawadski został skazany na sześć lat pozbawienia wolności w kolonii o zwyczajnym rygorze. Dwa lata po rozpoczęciu odsiadki Nikołaj Zawadski dostał zgodę na prowadzenie lekcji historii dla więźniów. Wyszedł po pięciu latach za dobre sprawowanie. Wciąż mieszka w tym samym znienawidzonym przez Larysę mieszkaniu, które dzieli z synem, synową i sąsiadką…

Tymczasem w Ermitażu nauczeni doświadczeniem pracownicy od kilku lat przeprowadzają remanent i digitalizację zbiorów muzeum, które można podziwiać dzięki "spacerom online".