Kismet - znaczy przeznaczenie. Dżennet Dżabagi-Skibniewska - polska Tatarka, w której płynęła książęca krew Inguszów

Kismet - znaczy przeznaczenie. Dżennet Dżabagi-Skibniewska - polska Tatarka, w której płynęła książęca krew Inguszów

Dżennet Dżabagi-Skibniewska urodziła się 5 marca 1915 roku w Petersburgu. Jej matka – Helena, córka notariusza z Wołkowyska – Lucjana Bajraszewskiego była polską Tatarką, pochodzącą  z bardzo walecznego rodu –  Bajrasz-Bajraszewskich. (Jej przodek był członkiem jazdy tatarskiej w bitwie pod Grunwaldem. Później Bajraszom, chanom z Krymu nadano aktem królewskim ziemię i szlachectwo). Ukończyła romanistykę na Uniwersytecie w Petersburgu. Ojcem zaś był Wassan Girej Dżabagi, syn ostatniego chana Inguszy. Z wykształcenia był agronomem. Ukończył Politechnikę w Rydze i w Jenie, i pracował jako inżynier agronom w Ministerstwie Rolnictwa Rosji. Z zamiłowania był politykiem i dziennikarzem. Uczestniczył w obradach konferencji pokojowej w Paryżu, jako przewodniczący parlamentu Górskiej Republiki Północnego Kaukazu w latach 1919-1920. Jednakże lud kaukaski mógł pożegnać się z marzeniami o niepodległości, gdyż Rosjanie nie czekali na ustalenia traktatu wersalskiego i zajęli obszar Republiki.

Jak wspominała Dżennet: „Rosja, czy to biała, czy czerwona, nie chciała dopuścić do oderwania Kaukazu”.

Wobec tej sytuacji Wassan nie miał co wracać do ojczyzny i osiadł w Paryżu. Nie zostawił swoich bliskich i drogą dyplomatyczną sprowadził rodzinę. Ciężarną żonę i dwie córki. Trzydziestu Inguszy przeprowadzało matkę Dżennet i dziewczynki przez góry Kaukazu. Dzieci wsadzono do koszy, a matkę linami wciągano na kolejne zbocza. Trwało to dwa tygodnie. Przedzieranie się przez pasma gór i wąwozy, umykając przed pogonią Rosjan. Szczęśliwie wszyscy trafili do Tyflisu (Tbilisi w Gruzji) i nikt po drodze nie zginął. Stamtąd rodzina wyruszyła do Paryża.  Dżennet miała dwie siostry. Starszą Halimat i młodszą Tamar. Ojciec  każdej z dziewczynek wręczył kamień gór Kaukazu na pamiątkę, mówiąc, że jeśli któraś z nich przechowa ten kamień, wróci do ojczyzny.

Dzięki pomocy ambasadorowi Turcji ojciec, jego brat Mohamad (twórca alfabetu Inguszów) oraz Dżennet, jej siostry i matka zamieszkały w Paryżu. Wassan założył tam własną agencję prasową Orient. Pracowała w niej cała rodzina. Jednakże matkę Dżennet ciągnęło do Polski, gdzie wkrótce wyjechali. W Warszawie Wassan Dżabajew został dziennikarzem „Kuriera Warszawskiego”, a potem założycielem i dziennikarzem biuletynu „Orient”.  Dżennet natomiast  chodziła do gimnazjum imienia Emilii Plater – „platerówki” . Będąc 15-letnią dziewczyną wstąpiła do Przysposobienia Wojskowego Kobiet, oświadczając matce, że skoro nie doczekała się syna, którego pragnęła, aby kontynuował tradycje rodzinne (każdy męski potomek Bajraszewskich był wojakiem), ona zostanie żołnierzem. W PWK osiągnęła błyskawiczne sukcesy. Została aspirantką, potem dowódczynią plutonu. Nie miała jeszcze matury, gdy w elitarnym gimnazjum Szachtmajerowej sama wykładała strzelectwo i terenoznawstwo. Wśród jej uczennic były między innymi córki Józefa Piłsudskiego, Wanda i Jadwiga. Studiowała orientalistykę w Wyższej Szkole Wschodoznawczej przy Instytucie Wschodnim w Warszawie oraz ukończyła Szkołę Muzyczną. W listach Dżennet  do Macieja Konopackiego – syna Hassana Konopackiego-Tatara, bydgoszczanina, wspomina dwie anegdoty dotyczące profesora Ananiasza Zajączkowskiego, u którego w latach 1934-1937 pobierała nauki orientalistyki. Pierwsza – o ściągających studentach na pisemnym egzaminie z perskiego i wyrozumiałym stosunku profesora, druga o poczęstowaniu lektora języka arabskiego, muzułmanina – pączkami, w których miał być tłuszcz wieprzowy i profesorze, który chcąc ratować sumienie Algierczyka – nakazał studentom przynieść od cukiernika zaświadczenie o „czystości” wyrobu.

W drugiej połowie lat 30-tych Wassan Girej otrzymał ofertę pracy w Stambule i zdecydował o wyjeździe z Polski. Dżennet nie chciała wyjeżdżać. W Polsce czuła się dobrze. Tu miała swoich przyjaciół, ustabilizowane życie i była zakochana w majorze Pruszkowskim. W Turcji planowano wydać ją za mąż. Krąży historia, że na stację kolejową z bukietem kwiatów przyszedł Pruszkowski, by pożegnać ukochaną. Dżennet pod pretekstem chwilowego spotkania wyskoczyła z pociągu i już do niego nie wsiadła. Ojciec nie mógł jej wybaczyć nieposłuszeństwa. Niestety  dziewczyna wkrótce dowiedziała się, że jej ukochany jest żonaty. Taki związek nie mieścił się w kodeksie honorowym Dżennet. Zerwała znajomość i wkrótce poznała oficera marynarki handlowej – Jana Skibniewskiego. Wyszła za niego za mąż i wyjechała w 1938 roku do Gdyni, gdzie wraz z małżonkiem zamieszkała w willi, zaprojektowanej przez architekta Romualda Żukowskiego na Działkach Leśnych, luksusowej dzielnicy, gdzie mieszkali zamożni gdynianie. Żyło się im dobrze i dostatnio. Dżennet została adiutantką w komendzie Okręgu Morskiego PWK. Komenda PWK wchodziła w skład Referatu Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego. W 1939 roku państwu Skibniewskim urodził się syn Aleksander. Niestety sielanka nie trwała długo.  Widać było widmo wojny.  Pewnego dnia panią adiutant oraz komendantkę morskiego okręgu  Przysposobienia Wojskowego  Kobiet – Aurelię Łuszczkiewicz zaproszono na rejs. Dziewczyny miały przyjść ubrane w cywilne ubrania. Rejs był elitarny. Brali w nim udział polscy oficerowie i jeden niepozorny i niewysoki cywil. Kapitan marynarki wojennej – Marian Romanowski żartował, że ten niski pan przyjechał Niemcom szyć buty. Naiwne dziewczyny myślały, że to przedstawiciel znanej firmy butów „Bata”. Statek płynął do portu gdańskiego. Rejs tylko dla pozoru miał charakter rekreacyjny. W rzeczywistości służył do oceny wybrzeża pod względem militarnym. Po kilku dniach Dżennet dowiedziała się, kim był ten niewysoki człowiek. To major Henryk Sucharski, którego ojciec faktycznie był  szewcem. Ponownie los postawił ich na swojej drodze we Włoszech.

1 września 1939 roku. Wybuch drugiej wojny światowej. Ta data zmieniła wszystko. Skibniewska została zmobilizowana w stopniu porucznika.  Podlegała dowódcy ochotników – podpułkownikowi Marianowi Hyle. Zadaniem członkiń PWK było zbieranie po domach lekarstw, środków opatrunkowych, organizowanie służby łączniczek i sanitariuszek, tworzenie szwalni mundurów, punktów werbunkowych, gromadzenie broni i amunicji, a nawet oprawa kosy dla „Gdyńskich Kosynierów”.

Wkrótce padła nadmorska dzielnica Gdynia-Oksywie. Aurelia Łuszczewska – Komendantka PWK wraz z Dżennet dostały rozkaz spalenia dokumentów sztabu dowództwa ochotniczych oddziałów obronnych  Gdyni. Zadanie wykonały w nocy z 14 na 15 września 1939 roku. Potem wyruszyły na pole bitwy jako sanitariuszki. Opatrzyły rannych, a zmarłych przeniosły poza linię ostrzału, gdzie ich zwłoki zostały pochowane w Redłowie. Tak powstał zalążek dzisiejszego cmentarza Obrońców Wybrzeża. Dziewczyna przekazała listy i dokumenty zabitych ich rodzinom. Wkrótce została złapana. Faszyści pobili ją aż do utraty przytomności. Dziewczyna miała skomplikowane złamanie nogi. Przeszła operację, ale nie miała czasu na zdrowienie. Wyjechała z maleńkim Aleksandrem do Krakowa, by tam wstąpić do Związku Walki Zbrojnej, którego została kurierką. Gestapo ją poszukiwało. Została  przerzucona na Węgry. Z maleńkim dzieckiem w plecaku przedostała się do Syrii. Tam oddała synka polskim zakonnicom (po wojnie odnalazła go) i wstąpiła do 3 Dywizji Strzelców Karpackich.

Jak wspominała: „Podczas załatwiania formalności siostry wzięły dzieci za rączki i niespodziewanie odjechały. Rozległ się wielki krzyk, w końcu jedna z nas, Marysia, powiedziała: Wstyd, wstyd! Do wojska chcecie iść, a płaczecie? Przecież te dzieci nie zginą! A Marysia zginęła…”

Razem ze  swoim oddziałem przedostała się do Włoch, jako sanitariuszka i reporterka wojenna. Została ranna pod Monte Cassino i oddelegowana do Bari. Tam zajęła się redagowaniem pisma, które było skierowane do polskich dzieci, rozrzuconych po całym świecie. Pismo nosiło nazwę ”Dziatwa”. Ilustracje wykonał utalentowany rysownik – Ludwik Piosicki. Publikowano w nim początkowo krzepiące wierszyki. Z czasem  „Dziatwa” pełniła rolę edukacyjną. Można było w nim znaleźć materiały z historii, geografii Polski oraz tradycji i obrzędów. Dzięki temu pismu odnalazły się dwie siostry, a więc było też formą  pomocy w szukaniu zaginionych.

We Włoszech spotkała chorego majora Sucharskiego, który poprosił Dżennet, by włożyła mu do trumny woreczek z ziemią z grobu ojca.

Po wojnie Skibniewska odnalazła synka i wróciła z Anglii do Polski pierwszym rejsem M/S Batory.  Do Gdyni przybyła 30 kwietnia 1947 roku. „Batory” był witany przez  mieszkańców Gdyni owacyjnie. Na Dżennet nikt nie czekał.  Mąż zaginął na wojnie, a młoda matka zderzyła się z rzeczywistością. Zarzucano jej działalność  szpiegowską, wymyślano od „faszystek”.

Nie mogła znaleźć pracy, która byłaby zgodna z jej wykształceniem i dziennikarskim doświadczeniem.  Wyjściem okazała się umiejętność dziergania i haftowania, robienia na drutach. Robótek ręcznych nauczyła się na kursie w Anglii. Dzięki temu mogła zatrudnić się jako rękawiczarka w spółdzielni  inwalidów „Bałtyk”. Prowadziła też kursy hafciarstwa kaszubskiego w wejherowskim zakładzie „FotoPam”. Mąż Dżennet został uznany za zaginionego i w związku z tym wyszła drugi raz za mąż za kolegę frontowego Mariana Wolframa. Urodziły się im dwie córki Krystyna i Danuta. Wkrótce okazało się, że Jan Skibniewski wrócił do domu, ale Dżannet nie wróciła do niego. A i małżeństwo z Wolframem nie było udane.

Dżennet  wychowana została w duchu powagi, godności, patriotyzmu, zgodnych z kodeksem

zasad bycia człowiekiem przyzwoitym za wszelką cenę. Dom nie był ciepły. Dziewczynek nie przytulano i nie okazywano miłości, co wcale nie oznaczało, że ich nie kochano. Takie były zasady. Dżennet nie była faworyzowana przez rodziców, wręcz przeciwnie, dziewczynę uważano za brzydką, choć wcale nią nie była. Miała jasne włosy i to dyskwalifikowało ją w oczach rodziny. Wstydzono się jej przed kaukaskimi znajomymi. Wymagano od niej więcej niż od pozostałych córek, traktowano surowiej, może dlatego takie traktowanie spowodowało, że Dżennet wstąpiła do wojska. Znała bowiem surowe reguły i była zahartowana. Nigdy nie zazdrościła swojej starszej siostrze Halimat o orientalnej urodzie i ciemnych włosach, która była faworyzowana przez rodziców. Tylko w jednej rzeczy żal mocno ścisnął jej sercem. Halimat otrzymała w prezencie pamiątkowy kaukaski pas prababki, którego Dżannet nie mogła nawet dotknąć. Starsza siostra nie utrzymywała kontaktu z Dżennet. Mieszkała i zmarła w Waszyngtonie. Córka Dżennet – Danuta przebywała zawodowo w Waszyngtonie. Odwiedziła męża Halimat, a ten przekazał jej cenną pamiątkę, która zgodnie z tradycją trafiła do rąk kolejnej siostry. Było to dla niej ogromne przeżycie.

Niesubordynowana córka Wassana jako jedyna, pomimo tułaczki po świecie zdołała ocalić pamiątkę od ojca – bryłkę skalną gór Kaukazu. Pozostałe siostry ją zagubiły i nigdy na Kaukaz nie wróciły. Inaczej było z Dżennet. Była tam dwa razy. Pierwszy raz w 1989 roku na zaproszenie nielicznych krewnych inguskich, którzy chcieli, aby z nimi została, proponując nawet budowę przez nich domu dla kobiety. Drugi raz, mocno schorowana pojawiła się  w 1992 roku na uroczystości fundacji kulturalnej imienia jej ojca Wassana Gireja Dżabagi. Pojechała tam w mundurze i berecie z trzema gwiazdkami porucznika i odznaką – orzełkiem  2 Brygady Strzelców Karpackich. Została  zaproszona na audiencję do prezydenta Czeczeńskiej Republiki Iczkerii – Dżohara Dudajewa.

W czasie tego pobytu Telewizja Polska nakręciła film dokumentalny o jej życiu w reżyserii Waldemara Karwata pt: „Bazrach, czyli sen o wolnym kamieniu”.  Na jednym z ujęć Dżennet  opiera się o stertę kamieni w górach Kaukazu, będących ruinami po domach jej przodków i głośno płacze. Płacz przerywany jest słowami: „Przeraża mnie zemsta sowieckiego reżimu. Przeraża mnie nienawiść”. Ilość emocji powoduje, że Dżennet umiera podczas realizacji filmu 17 maja 1992 roku. Nie zdążyła się dowiedzieć, że za dwa lata Rosjanie znowu wkroczyli na jej ziemie. Została pochowana na cmentarzu w Groznym. Jej grób został zniszczony podczas interwencji zbrojnej w Czeczenii w latach 1994-1996. Symboliczny grób Dżennet  Dżabagi-Skibniewskiej znajduje się na zabytkowym, Muzułmańskim Cmentarzu Tatarskim przy ul. Tatarskiej 8 w Warszawie.

Dżennet za zasługi odznaczono Medalem Wolności i Zwycięstwa, Krzyżem Kampanii Wrześniowej 1939 roku, Krzyżem Monte Cassino i Krzyżem Walecznych.

Pamiątki po Dżennet można oglądać w Muzeum Ziemi Sokólskiej na Podlasiu. Zgromadził je Maciej Musa Konopacki, orientalista, doktor teologii, pasjonat tatarskości, z którym łączyła ją przyjaźń. Profesor Teresa Zaniewska napisała o niej dwie książki, pt.: „ Dżennet znaczy raj” i „Wierzę w kismet”.

Jest takie stare przysłowie kaukaskie: „Po koniu zostaje siodło, po człowieku pamięć, ale żeby ta pamięć była, to musi człowiek być w danym miejscu obecny”. Tego pragnęli krewni Dżennet.

Dżennet  im odpowiedziała polskim przysłowiem: „ Starych drzew się nie przesadza”.

Dżennet kochała Polskę, ale jej serce należało do gór Kaukazu. Najmniej doceniana córka Wassana Gireja Dżabagijewa najbardziej ukochała swój kraj. Kamyk darowany jej przez ojca przechowywała  jako najcenniejszą pamiątkę. Skała ma magiczną moc. Dzięki niej wraca się do źródeł i korzeni.

Angelika Grobelna

Źródła:

https://ibedeker.pl/u-przyjaciol/osobowosci/gdynianka-porucznik-dzennet-muzulmanka-uchodzczyni-patriotka/

http://dekompresor.pl/nauka/kaukaska-ksiezniczka-w-sluzbie-polsce

https://naszemiasto.pl/tag/dzennet-dzabagi-skibniewska

https://www.youtube.com/watch?v=reQMzexudUY