Układy

Układy
Klaun, pixabay.pl

Komisarz Renata Zamojska z otwartymi ustami wpatrywała się w wielki kolorowy szyld nad wejściem do ogromnego namiotu. „Cyrk Walewski” głosił podświetlony żarówkami napis. W jej głowie pojawiło się całe mnóstwo obrazów z dzieciństwa: klauni z czerwonymi nosami robiący psikusy sobie nawzajem lub komuś z widowni, popisy akrobatów pod dachem namiotu, imponujący zręcznością żonglerzy i iluzjoniści. Ale najważniejsze wspomnienia dotyczyły zwierząt: piękne konie biegnące wokół areny, słonie stające na tylnych nogach i lwy, który mrucząc groźnie wykonywały polecenia treserów. Tak, lwy były z tego wszystkiego najpiękniejsze i najbardziej fascynujące.

- Nienawidzę cyrku – usłyszała tuż obok głos szefa techników. - Mam w związku z nimi same straszne wspomnienia z dzieciństwa.

- A ja uwielbiam – odpowiedziała, nadal wgapiając się w szyld. - Jedno z moich najwspanialszych wspomnień to moment przerwy w spektaklu, kiedy mogliśmy z rodzicami przejść się między cyrkowymi wozami i klatkami z dzikimi zwierzętami. To tam, nie w zoo pierwszy raz je widziałam.

- Dla mnie te klatki były najbardziej przykre – odparł mężczyzna. - Zawsze było mi strasznie żal tych zwierząt.

Zamojska potrząsnęła głową, jakby chciała otrząsnąć się ze wspomnień i wrócić do rzeczywistości.

- Co my tu mamy? - spytała, spoglądając wreszcie na szefa techników.

- Zginął jeden z pracowników cyrku, W dość spektakularny sposób. Ktoś lub coś pozbawiło go głowy. Jego ciało znaleźliśmy w wodzie, na brzegu rzeki. Głowy nie udało się jak do tej pory zlokalizować.

- No, nieźle. A kim on był w cyrku?

- Teraz już nie występował, ale nadal z nim jeździł, bo był jego współwłaścicielem. Natomiast wcześniej pracował tu jako… treser lwów.

- O!

***

- Jestem dyrektorką cyrku. Zajmuję się tym od śmierci mojego męża, który kierował nim prawie trzydzieści lat – na oko sześćdziesięcioletnia kobieta z przesadnym makijażem i ufarbowanymi na platynowy blond włosami siedziała przed nimi, paląc cienkiego papierosa. Obok niej usadowiły się dwa dostojne charty afgańskie.

- Waldek pracował tu właściwie od zawsze – kontynuowała. - Był wyśmienitym treserem dzikich kotów. Ale cyrk się bardzo zmienił w ostatnich latach. Sami wiecie, ta nagonka ekologów i obrońców zwierząt spowodowała, że zwierzęta musiały zniknąć z repertuaru. Pozbawiono nas jednej z głównych atrakcji… To był cios dla wszystkich cyrków… Teraz zostały nam tylko Agnes i Nikol – spojrzała na psy siedzące u jej boku i pogłaskała tego siedzącego bliżej niej.

- Może dobrze się stało – wtrącił szef techników. - Nie słynęliście ze zbyt humanitarnego podejścia do zwierząt. Samo określenie „tresura” już dużo mówi.

- Ależ co pan – wybuchnęła kierowniczka. - To wszystko krzywdzące stereotypy! Kochaliśmy zwierzęta. Były częścią naszej cyrkowej rodziny. Nasłuchał się pan tych głupot, które opowiadają animalsi i…

- Już dobrze – przerwała jej Zamojska, a szefowi techników rzuciła karcące spojrzenie. - Nie po to tu jesteśmy, żeby was oceniać. Czy ma pani jakieś podejrzenia, co mogło się stać treserowi? Jak mógł stracić głowę? No bo skoro nie macie już lwów, to chyba żaden mu jej nie odgryzł?

***

- To możliwe – powiedział mężczyzna w średnim wieku, który przedstawił się im jako klaun Ryszard. Co ciekawe bez charakteryzacji także miał duży czerwony nos.

- Co jest możliwe? - spytała Zamojska zdziwiona.

- To, że to sprawka lwa. Konkretnie lwa Georga.

Komisarz potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

- Zaraz, zaraz, co pan do mnie mówi? Czyli macie tu jednak jakiegoś lwa?

Mężczyzna uśmiechnął się z zakłopotaniem.

- No, właściwe to nie. Ale mieliśmy. Kiedy byliśmy tu ostatnim razem, właśnie w tym miasteczku, uciekł nam jeden. To był George. Nigdy go nie znaleźliśmy. Więc może…? To była głośna sprawa, nawet w telewizji o tym mówili. Nie pamiętacie? Przy okazji wypłynęła historia z tą Elą.

- Kim do diabła jest Ela? - Zamojska była już wyraźnie poirytowana meandrami tej sprawy.

- No, jak to kim? - odparł klaun Ryszard. - Córką Waldka. Nieślubną, ma się rozumieć. Z tego miasteczka. Stąd.

***

- Lew George? - dyrektorka parsknęła śmiechem. - To on niby miałby to zrobić? Co za bzdura! To prawda, że George uciekł nam kiedyś właśnie tutaj, ale… Że niby co? Przez te wszystkie lata ukrywał się w lasach, a teraz, kiedy się znowu pojawiliśmy, powrócił nagle i zemścił na swoim treserze? Ha, ha, ha! Niezłe! A zresztą…

- Co? Zresztą? - spytała Zamojska.

- W sumie mogę wam opowiedzieć prawdę. Po tylu latach. Choć jestem pewna, że nie ma to nic wspólnego ze śmiercią Waldka. Otóż… George wcale nie uciekł. On po prostu zdechł. Był już stary i schorowany...

- A może go zamęczył ten wasz treser, co? - wtrącił szorstko szef techników. - Dlatego nie przyznaliście się do tego.

- Mówię, że zdechł, to zdechł. Wtedy jeszcze żył mój mąż. To on podjął decyzję, żeby opowiedzieć tę głupią historię o ucieczce. Wokół są duże lasy, nikt się nie zdziwi, że go nie można znaleźć, mówił. Będzie promocja, twierdził. Głupi, nie pomyślał, jaka z tego może być afera. Poszukiwania na wielką skalę, medialny szum. Prawdziwy cyrk! - uśmiechnęła się z własnego żartu. - Gdy to się zaczęło, nie mogli się już wycofać. Tymczasem to on z Waldkiem wykopali w nocy dół i pochowali w nim biednego Georga.

- I nikt tego nie odkrył? - zdziwiła się komisarz.

- Wykopali dół pod samą areną. Tam nikt nie szukał. Poza tym ludzie jakoś chętnie uwierzyli w historię dzikiego zwierzęcia, które wybrało wolność.

- A co z tą Elą?

Kobieta milczała przez kilka sekund, jakby chciała dobrze przygotować się do odpowiedzi na to pytanie.

- A z Elą to akurat prawda. To rzeczywiście córka Waldka. Mieszka tu. To trudna historia rodzinna. Wszystko się tak popieprzyło…

- To znaczy co? - spytała Zamojska.

- Najpierw Waldek latami się do niej nie przyznawał. A potem ona wyrosła na animalsa. Niezłe, nie? Jak to się mówi, ironia losu. Wtedy, kiedy była ta afera z lwem, ona zorganizowała nam tu manifestację obrońców zwierząt. Zjechali się z całego regionu. Dlatego długo omijaliśmy to miasteczko szerokim łukiem. Za dużo złych wspomnień i kłopotów.

- To dlaczego teraz przyjechaliście?

Kobieta wzruszyła ramionami.

- Bo Waldek nalegał.

***

Siedzieli w trójkę w małej kawiarni na rynku w miasteczku. Z okien lokalu widać było w oddali czubek cyrkowego namiotu. Dziewczyna dłubała długą łyżką w szklanym pucharku z lodami.

- Nie myślę o nim jako o ojcu, jasne? - powiedziała ostro. - To był kawał… Bił moją mamę, bił mnie, bił zwierzęta. Tresura to była jedyna metoda wychowawcza, jaką znał. Pojawiał się tu nagle z tym swoim cyrkiem i zamieniał nasze życie w piekło. Wiecie dlaczego zaczęłam walczyć o prawa zwierząt? Bo im serdecznie współczułam. Tym jego lwom i tygrysom w szczególności. To co my z mamą miałyśmy raz, czasami dwa razy w roku przez tydzień, one miały całe życie.

- Dlatego go pani zabiła? - spytał szef techników.

Dziewczyna wypuściła z ręki łyżeczkę. Wyprostowała się gwałtownie na krześle i zrobiła oburzoną minę.

- Nie zabiłam go! - prawie krzyknęła.

- Ale spotkaliście się? Tak? - dopytywała Zamojska. - Nalegał, żeby cyrk tu przyjechał. Jedyny powód, jaki przychodzi nam do głowy, to spotkanie z tobą.

Ela potwierdziła skinieniem głowy.

- Nad rzeką, za miasteczkiem. Tam podobno poznał mamę, a on wymyślił sobie, że będzie „symbolicznie”. Ja nie chciałam go widzieć, ale wydzwaniał do mnie co godzinę, więc w końcu się zgodziłam. Tylko po to, żeby mu wszystko wygarnąć.

- A czego chciał konkretnie? Pogodzić się?

- Opowiadał jakieś pierdoły o odkupieniu win. Podobno był śmiertelnie chory i chciał się przed śmiercią pojednać – dziewczyna roześmiała się. - Czujecie? Naprawdę tak mówił: „pojednać”.

- I co się stało?

Ela milczała przez chwilę. Znowu wzięła do ręki łyżeczkę.

- Chciał mnie przytulić, gnój jeden. To kopnęłam go w jaja i wepchnęłam do rzeki. Ale to niemożliwe, żeby od tego umarł.

- Nie od tego – powiedziała Zamojska. - Dojedz lody, bo się zaraz roztopią.

***

Następnego dnia Ela odnalazła ich sama.

Komisarz Renata Zamojska przeglądała właśnie teczkę z papierami z sekcji zwłok. Pojedyncze kartki rozłożyła na masce samochodu.

- To na pewno nie był lew – uśmiechnęła się do dziewczyny. - Ani żadne inne zwierze. Rana jest równa, dekapitacja spowodowana została przez jakieś ciężkie ostre narzędzie w jednej krótkiej chwili.

Ela pokiwała głową.

- Chyba wiem, co się stało. Pokaże wam. Nad rzeką.

Marsz zajął pół godziny. Szli w milczeniu, najpierw szeroką drogą, potem przeszli przez drewniany mostek na drugą stronę rzeki i weszli na wąską leśną ścieżkę. W pewnym momencie Ela zatrzymała się i wskazała ręką na leśną gęstwinę.

- Tu dawniej odbijała rzeka mniejszą odnogą. Nadal tu płynie, ale brzeg jest zarośnięty drzewami i krzakami, dlatego tego nie widać. Jak podejdziecie bliżej zobaczycie tam małą starą śluzę. Nikt nie wie, po co ją zbudowano, widocznie kiedyś ta odnoga była na tyle wartka, że czasami trzeba ją było odciąć. Ta śluza to kawał grubej metalowej płyty trzymający się pod dwóch stronach odnogi na betonowych blokach. Ta blacha ledwo się trzyma. Dawniej chłopcy miasteczka robili tu sobie próbę męstwa. Przechodzili przez nią wiedząc, że w każdej chwili może spaść. Może po tym jak wepchnęłam go do rzeki, jej prąd porwał go w tę stronę i on utkwił na śluzie? Chciał przez nią się przecisnąć i włożył tam najpierw głowę…? A może akurat wtedy gruba blacha opadła? Zatrzasnęła się jak…

- Jak lwia paszcza – dokończył szef techników.

Zamojska pokiwała głową i powtórzyła:

- Jak lwia paszcza.